Lekki rumieniec oblał twarz dziewczęcia i ogarnęło ją dziwne wzruszenie, podobne do uczucia nagłego a wielkiego szczęścia. On ją szanował, on ją cenił... Czuła, że posiadała jego przyjaźń, wiarę i zaufanie.
— Bądź pan łaskaw usiąść — przemówiła — dopóki jest jeszcze na czym siedzieć, a ja pójdę zawiadomić rodziców o przybyciu pana.
Pani Orecka obtarła natychmiast oczy, przejrzała się w lustrze i poprawiwszy czepeczka, poszła przyjąć gościa, ale pan Marcin, choć musiał słyszeć, co w drugim pokoju mówiono, zachował się tak, jakby nic nie słyszał. Nie odwrócił ani na chwilę oczu od obrazu i odmawiał dalej koronkę do Przemienienia Pańskiego, tylko w źrenicach zamigotały mu jakieś blaski.
Ludzie tymczasem wynosili ciągle rzeczy na rynek i pokoje opróżniły się zupełnie. Zostały tylko łóżka, pościel, parę lichych krzeseł, trochę bielizny i po dwie sztuki wierzchniej garderoby. Ofman, który przyszedł sam sprawdzić, czy wszystkie wartościowe przedmioty zostały zabrane, chciał kazać zabierać pościel i łóżka, ale Helenka pokazała mu książkę z ustawami sądowymi, kupioną przez siebie w H. u antykwariusza, a w niej ustęp orzekający, że te przedmioty, jak również i obrazy, do nabożeństwa służące, są nietykalne. Gdy Ofman wyszedł, Helenka zbliżyła się do Andrzeja i rzekła tonem prośby gorącej:
— Zrób pan to dla mnie i odkup w moim imieniu fotel mego ojca i kanapkę matki. Oni się tak do tych sprzętów przyzwyczaili, że nie umieliby się bez nich obejść.
— Dobrze — odrzekł Andrzej i wyszedł zaraz.
Gdy przybył na rynek, licytacja rozpoczynała się właśnie. Przy stole, na którym leżały papiery, pióra i stał kałamarz, zasiadł komisarz sądowy, dawniej komornik, we fraku, ze srebrnym łańcuchem na szyi ozdobionym dużym medalem. Obok niego stało dwóch policjantów, a woźny magistratu trzymał papier zawierający spis przedmiotów z oznaczonymi przy nich cenami. Ofman stał przy komisarzu i coś z nim rozmawiał półgłosem. Grupę tę otaczał liczny tłum osób płci obojej, złożony przeważnie z Żydów. Przypatrywali się oni rozstawionym sprzętom państwa Oreckich, dotykali rękami aksamitów, kiwali głowami, cmokali językami i szeptali między sobą, a robotnicy patrzący z daleka na te oględziny mówili:
— Patrzcie, jak Żydy ostrzą sobie zęby na te graty. Oni wszystko zakupią!
Najczynniejsza i najruchliwsza była stara Mośkowa, ta sama, którą niegdyś pan Marcin przyjął pod swój dach po spaleniu. Handlowała ona zawsze zapałkami, ale od kilku dni bardzo zaniedbała swoich kundmanów82, zajęta jakimiś ważnymi sprawami. Biegała ona teraz między swymi współwyznawcami, od jednego do drugiego, szwargotała, machała rękami i była tak czynną, jak jej jeszcze nikt nigdy nie pamiętał: w peruce83 przekrzywionej na bakier, czerwona, zadyszana ocierała rękawami pot z czoła.
— Ta Żydowica musi mieć pieniądze i tylko udawała biedną — mówili dawni robotnicy pana Oreckiego. — Zobaczycie, że sama kupi połowę. Oczy jej aż się świecą z chciwości.