Zegar ratuszowy wydzwonił godzinę dziesiątą, a dźwięk jego poważny i niemal uroczysty dał hasło rozpoczęcia licytacji. Woźny włożył okulary, rozwinął dużą kolorową chustkę, wytarł nos głośno, odchrząknął i zaczął wywoływać głosem donośnym:
— Toaleta orzechowa rzeźbiona, z lustrem, mało zniszczona, rubli srebrem pięć.
W tłumie dał się słyszeć lekki szum — rzekłbyś, że fala wzburzona zakołysała się i ucichła.
— Rubli srebrem pięć — powtórzył głośniej woźny, zdziwiony nieco tym zachowaniem się licytantów. — Kto da więcej?
Milczenie.
— Rubli srebrem pięć! Wcale nie zniszczona, z blatem marmurowym! — wołał spoglądając po zgromadzonych.
Nikt się nie odezwał.
— Bierz pan co innego! — krzyknął Ofman — toaletę można później licytować. Weź pan kredens.
Powtórzyła się ta sama formalność. Tłum zaszumiał, poruszył się na prawo i na lewo niby fala, która chce coś pochłonąć i cofa się nagle w biegu — i zamilkł. Namiętności były, ale musiały się powstrzymać.
Stała się rzecz dziwna, niesłychana, rzecz, jakiej podobnej nie pamiętano, odkąd miasteczko było miasteczkiem... nikt nie chciał kupować rzeczy pana Oreckiego. Jeden tylko młody Żydziak, któremu na widok szafy staroświeckiej, ozdobionej brązami, zaiskrzyły się oczy, odezwał się półgłosem i nieśmiało, ale Mośkowa uderzyła go najprzód w kark z całej siły, a potem w plecy, wołając: