„Mój Boże — pomyślała sobie Helenka patrząc na panią Radliczową, której ręce, trzymające jakieś klucze, drgnęły i zacisnęły się kurczowo — co to za cios dla tej kobiety, tak oszczędnej i tak dumnej ze swego bogactwa zdobytego w pocie czoła; ona pewnie teraz wybuchnie namiętną boleścią...”

Ale pani Radliczowa zapanowała nad sobą, patrzyła ona na swoje dzieci, a czoło jej pomarszczyło się w ostre fałdy.

— Nie wstydże wam tak upadać na duchu! — przemówiła surowo. — Strata majątku jest rzeczą przykrą, ale nie jest przecież nieszczęściem! Zanim doszliśmy do zamożności, byliśmy ubodzy i wiemy, że ubóstwo nie jest niczym strasznym: znamy się z nim dobrze — choćbyśmy nawet wszystko stracili, powitamy je tylko jako dawnego dobrego znajomego. Nie mieliśmy nic i dorobiliśmy się; dorobimy się i teraz. Wówczas mieliśmy tylko dwie głowy i dwie pary rąk, a teraz mamy siedem głów i siedem par rąk, dom w Warszawie, grunta na wsi, mamy dobre imię u ludzi i doświadczenie, którego nie mieliśmy wówczas, a które uchroni nas od błędów i omyłek. Wytrzymaliśmy dużo, wytrzymamy i więcej jeszcze. Czyż nie hartowałam was? Czyż nie przyzwyczajałam do trudów i niewygód? Podnieście głowy, bo pomyślę, że wychowałam umysły tchórzliwe!

Helenka słuchała nie wierząc własnym uszom. I to mówiła ta sama kobieta, która cerowała pończochy, zbierała skrzętnie sznurki, papiery, kawałki chleba i strofowała służbę o drobne uchybienia? Postać jej niewielka, choć barczysta, zdawała się rosnąć coraz wyżej, wyżej i wyżej, w miarę, jak mówiła, a twarz zawsze surowa, piękną była wyrazem siły i męstwa. Helenka nie przypuszczała, że w tej oszczędnej gospodyni bije serce tak bohaterskie, tak dzielne i umiejące dźwigać zesłabłych.

Pan Radlicz wstał i przycisnął żonę do piersi.

— Elżbieto — rzekł — powiedziałaś to samo, co ja chciałem powiedzieć. Dzięki ci. Nosisz męską głowę na barkach kobiety!

— Mateczko, mateczko! — wołały dzieci otaczając ją — my nie lękamy się widma niedostatku. To była tylko chwilowa słabość, chwilowy przystęp żalu, bo ponieść tyle trudów i stracić owoc w jednym dniu to trochę boli... Nie gniewaj się na nas, mateczko!

— Mateczko — mówił syn obejmując ją tkliwie — ja kocham bardzo moją przyszłą żonę, ale ty, mateczko, jesteś i będziesz zawsze moim ideałem!

— I moim — dodała Helenka całując jej ręce. — Czy wasza matka płakała kiedy? — spytała po chwili półgłosem narzeczonego.

— O, i nieraz — odpowiedział zamyślając się. — Płakała, gdy nasz dziadek, wróciwszy z dalekiego kraju, macał rękami ściany swojego starego domu, którego już nie mógł widzieć, płakała, gdy Jerzy umarł; płakała, gdy bliski jej krewny, człowiek pięćdziesięcioletni, który w jednej parafii przez trzydzieści lat pełnił obowiązki kapłańskie, musiał iść na tułaczkę z żoną i dziećmi93; płakała, gdy dwunastoletni synek naszej ciotki kołatał do wszystkich z kolei gimnazjów w Warszawie, nie mogąc się dostać do żadnego dla braku miejsca94, bo na piętnaście miejsc próżnych bywało pięćdziesięciu i więcej kandydatów — i płakała, gdy garstki pijanych włóczęgów i obałamuconych dzieci rozbijały bezkarnie po ulicach Warszawy sklepy żydowskie95 i niszczyły ich mienie...