— Jakże sobie radzą z tym cudzoziemki? — pytała dalej.
— Uczą się po rosyjsku.
— A dzieci?
— Z początku nic nie rozumieją... z czasem przyzwyczajają się.
Zapanowało milczenie. Pan Radlicz rzucił nie dopalone cygaro, podniósł się i zaczął chodzić po pokoju z założonymi w tył rękami.
— Nie powinniśmy jednakże dlatego rąk opuszczać — rzekł, zatrzymując się przed nią — przeciwnie, w tych właśnie warunkach, jakie są, pomimo wszelkich trudności, należy starać się spełnić obowiązek. Naucz się pani po rosyjsku tak, żebyś mogła zdać z tego języka egzamin, a postaram się wyrobić ci miejsce na pensji.
— Ależ ja nie mogę czekać! — zawołała prawie z rozpaczą — nie mogę! Mówiłam już panu, że nie mam czasu do stracenia.
— Nic więc pani nie mogę poradzić.
Nastąpiło znowu milczenie. Helenka patrzyła przed siebie szklanym wzrokiem.
— Może bym chociaż mogła uczyć kaligrafii i przy tym być użyteczną przełożonej pensji w jaki inny sposób? — wyszeptała głosem wychodzącym ze ściśniętego gardła, głosem, w którym czuć było, że ostatnia struna była wyprężona, jakby lada chwila miała pęknąć.