Nie mając ochoty dowiadywać się więcej nieprzyjemnych rzeczy, zeszła szybko po schodach, mniemając, że nagłym ukazaniem się swoim zmiesza i zawstydzi tego, który przed chwilą tak zuchwale o niej wypowiedzią zdanie. Omyliła się jednak; Andrzej nie doznał żadnego wrażenia na jej widok. Skłonił się chłodno i co było rzeczą niepojętą, nie patrzył wcale na jej twarz, tylko na jej ogon, a lekki, ironiczny uśmiech zarysował się przy tym na jego ustach.
„Bardzo nieprzyjemny człowiek” — rzekła do siebie, przygryzając wargi, i podniosła oczy na Elżunię; ale spostrzegła, że i ona także przygląda się jej sukni z nie ukrywanym zdziwieniem i że równocześnie brat i siostra skrzyżowali za sobą spojrzenia szybkie jak błyskawice.
Zmięszana33, zatrzymała się, nie wiedząc, czy się cofnąć, czy postąpić dalej; ale Elżunia wyciągnęła do niej rękę i, witając uprzejmie, zaczęła rozpytywać, jak noc przepędziła i czy nie czuje utrudzenia po wczorajszej podróży. Helenka odpowiadała półsłówkami, myśląc ciągle, co w niej mogło dać powód do ironicznego uśmiechu Andrzejowi i do zdziwienia jego siostrze, a także, co znaczyło ich porozumienie się oczyma — a czoło jej przy tym sfałdowało się lekko. Wszyscy troje szli do sali jadalnej: panny naprzód, a Andrzej za nimi. Młodzieniec nie mógł wziąć udziału w rozmowie ani się do panien zbliżyć, bo korytarz, którym szli, był wąski, a ogon niebieskiej sukni, wlokący się poważnie i kołyszący ciągle na prawo i na lewo, trzymał go w przyzwoitej odległości. Wspaniały ten ogon zmiatał gruntownie z podłogi wszystek pył białą muślinową falbanką, którą był podszyty.
Pan Radlicz chodził wzdłuż jadalnego pokoju z rękami w tył założonymi, rozmawiając z żoną i starszą córką, które już siedziały przy stole. Zobaczywszy Helenkę powitał ją z odcieniem jawnej życzliwości.
— No, jakże mi się pani masz? — zapytał wyciągając do niej rękę. — Dobrze?
— Dobrze — odrzekła, westchnąwszy lekko — dziękuję panu.
Pan Radlicz popatrzył na nią badawczo.
— Wyglądasz pani jakby wzruszona. Czy się pani przytrafiło co przykrego?
— Nie — odpowiedziała, a delikatne jej lica mocniejszym zafarbowały się rumieńcem — tylko obawiam się, czy zamiast być panu pomocą w kantorze, nie będę panu „zawadą” i to mnie niepokoi.
Powiedziawszy te słowa spojrzała na Andrzeja; ale on wytrzymał jej wzrok spokojnie, tak spokojnie, jakby się nie domyślał nawet, że były pod jego adresem posłane.