— Pierwszym warunkiem powodzenia każdego przedsięwzięcia jest, żeby o nim nie wątpić — odrzekł pan Radlicz poważnie. — Trzeba koniecznie mieć wiarę w to, co się robić zamierza: inaczej lepiej wcale nie zaczynać. Pani dowiodłaś już, że ci ani poczciwych chęci, ani pewnego zasobu sił moralnych nie brakuje: trochę tylko wytrwałości, a będzie dobrze.

Gdy ojciec to mówił, ona patrzyła na syna uparcie, jakby go spytać chciała, czy słyszy — ale na ustach Andrzeja zarysował się znowu lekki, zaledwie dostrzegalny uśmiech. Nieprzyjemny ten człowiek widocznie nie wierzył, że ona cokolwiek bądź potrafi.

— Ach, jakżeś się pani wystroiła! — mówił dalej pan Radlicz, spoglądając na jej ubiór, a w głosie jego czuć było niezadowolenie. — Czy się pani wybierasz gdzie na wieczór?

— Nie mam wcale znajomych w Warszawie — odpowiedziała — nigdzie więc wybierać się nie mogę.

Nie patrzyła w tej chwili na Andrzeja, czuła jednak, że jego oczy spoczywały na niej i że ów poprzednio zaledwie dostrzegalny uśmiech zarysował się teraz bardzo wyraźnie. Pani Radliczowa, panny, nawet służący, który wniósł wazę, wszyscy się po trosze uśmiechali.

— Zdaje mi się — rzekła, rumieniąc się coraz bardziej — że dałabym dowód zupełnej nieznajomości zwyczajów światowych i braku szacunku dla państwa, gdybym pierwszego zaraz dnia ubrała się po codziennemu. Wyglądałoby to tak, jakbym sobie nic z nikogo nie robiła...

— Moje dziecko — odrzekł pan Radlicz, potrząsając głową — najlepszy dasz dowód szacunku dla nas, jeżeli się będziesz stosowała do naszych zwyczajów domowych. Wszyscy, jak nas tu widzisz, jesteśmy ludźmi niewykwintnymi i nie lubimy zbytku. Przypatrz się moim córkom.

Helenka spojrzała po pannach i zobaczyła, że miały na sobie suknie wełniane, zrobione skromnie i ze smakiem; a choć nie było na nich żadnych kosztownych dodatków, przecież wyglądały bardzo dobrze. Gdy porównała te ich suknie z własną toaletą, czuła, że istotnie nazbyt jaskrawo od nich odbijała — i że pojęcia o tym, co wypada, a co nie wypada, nie mogą być ogólne, ale ulegać muszą pewnym zmianom, zależnie od okoliczności i otoczenia, w jakim się żyje. To, co w domu jej rodziców uważano za właściwe, a nawet konieczne, tu było po prostu śmieszne.

W niewesołym usposobieniu siadła do stołu pomiędzy Anną i Elżunią. Obie czyniły wszelkie usiłowania, żeby zatrzeć niemiłe wrażenie, wywołane kwestią ubrania — ale nie tak to łatwo jest odzyskać humor komuś, kto zawsze uważał się za doskonałość i nagle spostrzegł, że się z niego śmieją. „Śmieszność zabija” — powiadają; Helenka wprawdzie nie była zabita, ale straciła coś, czego dotąd nigdy jej nie brakowało — pewność siebie.

Pani Radliczowa sama nalewała zupę, a służący roznosił kolejno talerze: był to rosół z makaronem. Helenka, niewielka amatorka rosołów, zjadła zaledwie kilka łyżek. Po rosole dano sztukę mięsa z sosem cebulowym. Sztuki mięsa nie jadano nigdy u państwa Oreckich; uważano ją za mięso niepożywne, jako już wygotowane, i nie podawano wcale na stół — do cebuli zaś Helenka czuła wrodzoną antypatię, nie wzięła więc ani jednego, ani drugiego, czekając na pieczyste. Ale widocznie był to dla niej dzień feralny. Pieczystego nie było, tylko kiełbasa z kapustą kwaszoną, której znosić nie mogła z powodu jej zapachu, nie przypominającego w niczym zapachu fiołków parmeńskich — wstyd ją było jednakże odsyłać półmisek; wzięła więc kawałek kiełbasy i, zaledwie skosztowawszy, odłożyła widelec. Nie mogło to ujść powszechnej uwagi i zarzucono ją pytaniami, dlaczego nie je. Nie mając odwagi powiedzieć prawdy, tłumaczyła się brakiem apetytu. Uwierzono temu na pozór i zostawiono ją w spokoju; tylko gospodyni domu „nie lubiąca nic obwijać w bawełnę”, nie mogła wytrzymać, żeby nie powiedzieć głośno, iż „panna Orecka widocznie do lepszych obiadów jest przyzwycajona i dlatego jej nic nie smakuje”. Widziała ona dobrze każdy ruch swego gościa, choć niby na niego nie patrzyła — a że sama jadała zawsze wszystko i nie znosiła żadnych wybredzań, więc nazwała ją w duchu grymaśnicą.