Wszyscy inni za to jedli kiełbasę z takim apetytem, jakby to była najwyborniejsza zwierzyna. Helenka, patrząc na to, mówiła sobie, że rodzina Radliczów nie jest wcale wybredna. Najwięcej drażnił ją widok siedzącego naprzeciw Andrzeja. Człowiek ten, nałożywszy sobie pełen talerz, dawał prawdziwy koncert i tak był tą czynnością zajęty, że zapomniał zupełnie o swoim pięknym vis-à-vis34. Ze zdziwieniem i pewną odrazą patrzyła na ten młodzieńczy apetyt, a Andrzej wydał się jej człowiekiem tak poziomym, że w żaden sposób nie mogła go sobie wyobrazić jako bohatera najprostszego choćby romansu. Kiełbasa i kapusta miały widocznie więcej uroku dla niego niż piękne szafirowe oczy. Odkrywała w nim coraz więcej niedostatków; twarz jego była, jej zdaniem, po prostu gminna35 jak jego apetyt; ani jeden rys nie nadawał się do bohaterstwa. Surowy, milczący, poważny, z tym pożerczym apetytem i najeżonymi włosami wyglądał chyba na czarny charakter, na typ Sinobrodego, który pomordowawszy swoje żony, urządziłby z nich ucztę kanibala.
Takie i tym podobne myśli przebiegały jej przez głowę, podczas gdy oczy rzucały przelotne spojrzenia ku drzwiom, w których spodziewała się ujrzeć niesiony deser, coś słodkiego: jaką delikatną leguminę, konfitury, ciastka lub owoce — ale deseru nie było widać, a pani Radliczowa dała znak wstania od stołu. Helenka uczuła nie tylko zawód, ale i urazę, że ją tak lekceważono, że chociaż na pierwszy dzień jej pobytu w tym domu nie przygotowano lepszego obiadu. Czy tak by postąpili jej rodzice? Widziała, że tu nic nie znaczy, i przekonanie to napełniło ją goryczą.
— Obawiam się, że pani umrzesz u nas z głodu, kochana panno Heleno — rzekła do niej Anna po obiedzie — bo wszystkie nasze obiady są do dzisiejszego podobne. Dla nas to wystarcza i nie potrzebujemy lepszych, dzięki mamie, która nas przyzwyczaiła do prostych potraw; ale widzę, że pani dużo ucierpisz, zanim przywykniesz do naszej kuchni.
„Wszystkie obiady podobne do dzisiejszego — powtórzyła sobie Helenka z przerażeniem — ładna perspektywa!” — Ale że była dumną i nie chciała się wydać z tym, co się w niej działo, więc choć jej się zbierało na płacz, zdobyła się na uśmiech i odparła:
— O, to drobiazg!
Gdy wszyscy wstali od stołu, pani domu wyjęła z kredensu biały płócienny woreczek i, obchodząc stół dokoła, zbierała kawałki chleba, pozostawione przy talerzach, i kładła do woreczka, Helenka stanęła zdumiona na ten widok.
„Co za szkaradne skąpstwo — pomyślała — żeby też nie pozwolić nawet służbie tego sprzątnąć!”
Oszczędność, posunięta aż do zbierania nie dojedzonych kawałków chleba, oburzała ją po prostu. Ciekawa, co pani Radliczowa zrobi z woreczkiem, półuchem tylko słuchała, co do niej mówiono, i zobaczyła, że woreczek został starannie zawiązany, schowany na powrót do kredensu i zamknięty na klucz, jakby skarb jaki. Wydało się jej to tak zabawne, że o mało nie parsknęła śmiechem. Ale nie koniec był na tym: zobaczyła jeszcze coś. Pani Radliczowa wzięła w jedną rękę serwetkę, w drugą szczoteczkę i zmiotła najstaranniej ze stołu wszystkie okruchy; potem otworzyła lufcik i wysypała je na zewnętrzną platformę okna. Jakby na dany znak, zleciała się gromada wróbli i skwapliwie zaczęła wyrzucone okruchy zajadać, zwijając się z niepojętą szybkością i bijąc się o większe kąski. Pani Radliczowa patrzyła na to i uśmiechała się, a Helenka, widząc, jak uśmiech ten rozjaśnił i złagodził jej rysy, dziwiła się znowu, że ta twarz surowa może być tak sympatyczna.
Wiedziała już teraz, że okruchy były dla wróbli, ale jakie przeznaczenie miały owe kawałki chleba spoczywające w płóciennym woreczku pod kluczem, w głowę zachodziła. Zaczynała teraz pojmować oburzenie tej kobiety na wiadomość o wyrzuceniu mydła za okno. Kto nie chce zmarnować nawet drobnych okruchów chleba, temu czyn jej musiał się wydać występnym. Dom ten przygniatał ją siłą, której dotąd nie znała, a która ją dziwiła i przestraszała — siłą porządku i oszczędności. Co chwila zapytywała siebie, jak ona żyć potrafi w tym otoczeniu tak bardzo różnym od tego, w jakim żyła dotąd.
Po obiedzie całe towarzystwo przeszło do salonu i tam nareszcie Helenka znalazła meble wyściełane, których od wczoraj na próżno wszędzie upatrywała. Z przyjemnością zagłębiła się w fotelu i, oparłszy ręce na poręczach, myślała z westchnieniem o twardości krzeseł, jakie miała w swoim pokoju.