Salon państwa Radliczów był obszerny, oświecony trzema oknami, umeblowany ze smakiem, ale i z prostotą cechującą wszystko i wszystkich w tym domu. Meble dębowe pokryte były wełnianą brokatelą, na podłodze leżał duży dywan; między oknami stały w dębowej oprawie wielkie lustra, w których można się było przejrzeć od góry do dołu; ściany zawieszone były sztychami, a oprawa ich stosowała się ściśle do mebli barwą i gatunkiem drzewa. Zresztą żadnych cacek kosztownych lub ozdób, żadnych marmurów, kryształów lub brązów, nic, co by mogło oko popieścić żywością i delikatnością barw, filigranowością artystyczną kształtów — nic, co by usposabiało do długich, słodkich dumań i czyniło spoczynek ponętnym. Poważny styl tego pokoju budził raczej z zadumy i nawoływał do trzeźwości. Miękkość nie znajdowała tu wcale miejsca, bo nawet draperie firanek układały się w surowe linie. Znajdowało się tam wszystko, co może być potrzebne do wygody i rozrywki, bo był nawet przepyszny fortepian — ale nic nadto, żadnego zbytku.

Staranność w utrzymaniu porządku tu, jak wszędzie, była uderzająca: podłoga błyszczała jak zwierciadło, okna, pomimo pory zimowej, utrudniającej utrzymanie ich w czystości, miały przezroczystość kryształu, a najbystrzejsze oko nigdzie ani odrobiny pyłku dostrzec nie mogło. „Pokaż mi, jak mieszkasz, powiem ci, kim jesteś” — powiedział któryś z psychologów — mieszkanie państwa Radliczów sprawdzało w zupełności to przysłowie.

Rodzina pracująca niezmordowanie cały tydzień oddawała się w niedzielę bez przeszkody umysłowym rozrywkom, na które w dni powszednie niewiele miała czasu. Niedziela, dzień dla Helenki zupełnie obojętny — bo, nie mając żadnych obowiązkowych zajęć w domu, świętowała we wszystkie dni tygodnia — tutaj bywała oczekiwana z radosną niecierpliwością. Po sześciu dniach pracy36 był to dzień wytchnienia i rozrywki, przybierający charakter uroczystości rodzinnej. Zgromadzono się w tym pokoju największym i najwygodniejszym z całego domu, czytano, grano, śpiewano, dyskutowano o sprawach społecznych i rodzinnych, układano plany na przyszłość, a w poniedziałek rano stawano znów do pracy z umysłem odświeżonym i wypoczętym. Niedziela była jakby rezerwuarem świeżości, z którego wszyscy czerpali chętnie. Wprawdzie i w dnie powszednie bywały godziny odpoczynku, zwłaszcza wieczorem po herbacie — ale były to godziny krótkie, które połowa osób wolała przepędzić w ciszy własnego pokoju. Niedziela tylko, dająca dłuższy wypoczynek, gromadziła wszystkich bez wyjątku.

Na stole leżało kilkanaście dzieł, świeżo wyszłych z druku, ilustrowane pisma i gazety. Helenka wzięła jeden z dzienników i, dziwiąc się trochę, że się nią nikt nie zajmuje, przysłuchiwała się ożywionej rozmowie, w której wszyscy brali udział prócz niej — bo kwestie ekonomiczne, interesujące całe towarzystwo, były jej zupełnie obce. Gdyby mówiono o arcydziełach literatury swojskiej lub obcej, miałaby niejedno do powiedzenia; ale co ją na przykład obchodzić mogły reformy sądowe albo projekt założenia banku włościańskiego? I ona, co umiała w domu zabawić najliczniejsze towarzystwo, ona, słynąca w M. talentem krasomówczym i erudycją, musiała siedzieć cały czas milcząca, jakby trzech zliczyć nie umiała, i nudzić się.

Nareszcie skończyły się te nudy: Andrzej zaproponował spacer po ogrodzie, dla skorzystania z reszty dnia pogodnego, choć mroźnego, i przyjęło z ochotą jego projekt. Panny poszły po ciepłe okrycia — każda dla siebie — tylko państwo Radliczowie pozostali w salonie, bo nie mieli wziąć udziału w spacerze.

Wchodząc do siebie Helenka niemile została uderzona widokiem nie sprzątniętego pokoju: wszystko znalazła tak, jak zostawiła, to jest w najwyższym nieładzie — co po wzorowym porządku, panującym na dole, jeszcze więcej raziło. Elżunia, mająca swój pokoik zaraz obok i idąca z nią razem, zauważyła to wrażenie i tonem objaśnienia rzekła:

— Kunegunda nie uprzątnęła u pani, bo póki pani tu była, nie mogła tego zrobić, a po południu wyszła. Dzisiaj jest jej dzień wolny.

Helenka spojrzała na nią, nie rozumiejąc, co chciała powiedzieć.

— Dzień wolny — powtórzyła — co to znaczy?

— To znaczy — odpowiedziała Elżunia, dziwiąc się, że potrzebuje to pannie Oreckiej tłumaczyć — że służąca może rozporządzać swoim czasem, jak chce; wolno jej iść na spacer, na wizytę, do teatru, gdzie jej się podoba, i nie wracać aż wieczorem. Gdyby zaś wolała zostać w domu, nie ma żadnego obowiązku usługiwać; może sobie przyjmować gości lub spać, jeżeli ma ochotę. Każda służąca bywa wolna co drugą niedzielę.