Gdy się zjawiła w sali jadalnej, zastała całą rodzinę siedzącą już przy stole, a chociaż obrus był tak biały, że mógł śmiało sprzeczać się ze śniegiem o pierwszeństwo, przecież nie było na nim ani kurczęcia, ani pasztetu, ani nawet łososia lub kawioru — tylko jakaś pieczeń na zimno, chleb, masło i sucharki. Na ten widok zrobiło się Helence na sercu dziwnie miękko i ogarnęła ją taka melancholia, że świat i wszystko, co jest na nim, wydało się jej bezcelowym. Nie tknęła tego wieczora już nic prócz szklanki herbaty, co Andrzej i jego siostry przypisali wrażeniu z powodu przygody z ogonem.
Tak się skończył dzień drugi pobytu jej w obcym domu, dzień, w którym uważano ją jeszcze w połowie za gościa. Nazajutrz miała się stawić do pracy.
— Pamiętaj pani się nie spóźnić — powiedział pan Radlicz, podając jej rękę na dobranoc. — Otwieramy kantor o godzinie ósmej, a mamy jutro dużo paczek do wysłania.
Wróciwszy do siebie, zastała świecę zgaszoną, zdziwiło ją to, ponieważ pamiętała, że ją umyślnie palącą się zostawiła, żeby mieć widno w pokoju, gdy powróci. Długo macała tu i ówdzie, zanim natrafiła na zapałki, bo nie pamiętała wcale, gdzie je położyła. Nareszcie upragnione światło zabłysło, a z nim wyszedł na jaw cały nieład pokoju. Ogon niebieskiej sukni w temperaturze pokojowej roztajał i prosto z niego płynęła ciemnoszafirowa struga. Widząc to wszystko, Helenka załamała ręce.
— I ja to mam sama porządkować! — jęknęła. — O Boże, na jakież mnie próby wystawiasz! Nie, niech się dzieje, co chce! Ani myślę!
Było już późno, czuła się zmęczona i położyła się zaraz. Usnęła nadspodziewanie prędko — co też po nocy wczorajszej, w połowie bezsennie spędzonej, było zupełnie naturalne. I idealnej tej istocie, co z odrazą patrzyła przy obiedzie na jedzącego Andrzeja, tej istocie eterycznej, której marzenia bywały zawsze utkane ze mgły i słońca, śniły się rzeczy tak prozaiczne, jak stoły zastawione jedzeniem. Ale jedzenie to składało się z najpyszniejszych potraw: więc w licznym orszaku defilowały przed nią smakowite przekąski, ryby wspaniale przystrojone, zwierzyna, drób, owoce, lody, wina, słowem wszystko, co było podane na balu u stryja Bartłomieja, a woń delikatna tych potraw łechtała podniebienie.
X
Gdy Helenka nazajutrz zjawiła się w sali jadalnej, nie znalazła ani śladu śniadania: widocznie przyszła zbyt wcześnie albo zbyt późno — jedno z dwojga. Zapomniała wieczorem nakręcić zegarka, więc stanął i nie wiedziała wcale, która godzina, ale zdawało jej się, że nie musi być późno. Niepewna, czy ma odejść, czy zostać, stała chwilkę na środku pokoju, namyślając się, co robić. Gdyby to było w M., po ciągnęłaby tylko za taśmę od dzwonka i kazałaby służącej przynieść sobie śniadanie — ale w tym dziwnym domu, gdzie ludzie inaczej żyli i myśleli, nie wiedziała, jak postąpić, żeby nie ściągnąć na siebie niezadowolenia. Na szczęście ukazała się wc drzwiach Kunegunda ze ściereczką w ręku; od tej można się było przecież czegoś dowiedzieć.
— Moja dobra Kunegundo — spytała głosem, jak mogła najgrzeczniejszym — czy śniadanie już było?
Służąca spojrzała na nią spod oka.