— Dziękuję panu — rzekła obojętnie — nie mam dzisiaj ochoty.

— Suknię można by jeszcze zmienić — powiedział odgadując jej myśl.

Ale kwestia sukni, dzisiaj szczególnie, była dla niej drażliwa.

— Dziękuję panu — powtórzyła z pewnym rozdrażnieniem — nie będę się ślizgała.

— Szkoda — odpowiedział — to dobra gimnastyka dla ciała. Wyrabia siłę i zręczność. — I, nie zajmując się nią więcej, usiadł na ziemi i zaczął sobie łyżwy przypinać.

Z mostu zwieszonego półkolisto nad ujściem wody z sadzawki do kanału przypatrywała się Helenka zręcznym obrotom trojga rodzeństwa, wymijających się z nadzwyczajną szybkością, pewnością i wprawą. Panny Radliczówny ślizgały się bardzo dobrze, a krótkie suknie dawały ich ruchom zupełną swobodę. Patrzyła na nie z błyszczącymi oczyma, zazdroszcząc tej tak ulubionej sobie rozrywki i złorzecząc ogonowi, od trzymania którego już zaczynała ją ręka boleć. Po pół godzinie takiej zabawy, podczas której stojąc na miejscu dobrze zziębła, przyszło jej do głowy przejść przez środek sadzawki na drugą stronę i usiąść na grupie kamieni, ułożonych nad brzegiem. Łatwiej bez porównania byłoby obejść naokoło, choć trochę dalej, ale czuła niepowściągnioną ochotę dotknięcia nogami twardej powierzchni lodu. Zeszła z mostka i, pomimo odradzania wszystkich, puściła się przez sadzawkę. Andrzej wołał na nią, żeby się nie zbliżała do brzegu z lewej strony, bo tam był świeżo zrobiony przerębel dla ryb, ale czy go nie słyszała, czy też usłyszała za późno, dość że dochodząc już do brzegu poślizgnęła się i upadła — a choć podniosła się natychmiast bez żadnego szwanku, ogon szwank poniósł i na wspaniałości bardzo stracił, bo w czasie upadku wysunął się z rąk i w przeręblu umaczał.

Wszystko troje, Andzia, Elżunia i Andrzej, wyciągali go razem z wody niby wieloryba, bo przybiegli na pomoc Helence — a że jej już nie potrzebowała, ratowali chociaż ogon znajdujący się po tej zimnej kąpieli w bardzo smutnym stanie. A byli wszyscy bardzo pomartwieni i wyrażali głośne dla biedaka współczucie. Wróżono mu, że kataru dostanie, i każdy inne lekarstwo radził. Właścicielka ogona okazała w tym wypadku godność prawdziwie książęcą i zadziwiająco zimną krew — może nawet za zimną, bo dziękowała za ratunek ozięble — i tylko oczy świecące fosforycznym blaskiem mówiły, że ta oziębłość jest udaną. Los sukni mało ją obchodził, ale zirytowała mocno przygoda stawiająca ją w śmiesznym świetle i stwierdzająca niedorzeczność jej oporu wobec dobrych rad. Gdyby ich była posłuchała, nie byłoby tego wszystkiego.

Słońce zaszło, a z nim zmrok szybko zapadać zaczął. Wracano do domu, ale że sadzawka znajdowała się w samym środku ogrodu, więc mieli dosyć duży kawał drogi do przebycia. Ogon, choć wyciśnięty z wody, tężał na powietrzu coraz bardziej, aż stał się nareszcie twardy jak drewno; właścicielce wydawał się tak ciężki, że zaledwie go mogła udźwignąć. Widząc to, panny Radliczówny ulitowały się nad nią i ofiarowały swoją pomoc, a choć się temu zrazu bardzo opierała, Elżunia i Andzia wzięły go w ręce i, rozpostarłszy, żeby lepiej wysychał, niosły tak razem. Dziwny ten orszak postępował w milczeniu, bo Helenka wyglądająca teraz jak prawdziwa księżniczka, której nie brakowało paziów, nie okazywała żadnej ochoty do rozmowy — a myśląc o eskortującym ją grenadierze, połykała łzy gorzkie.

Było już prawie ciemno, gdy wchodzili do domu, i tylko Kunegunda, wracająca z wizyty, przeżegnała się na ten widok. Całe szczęście, że na niej się skończyło, bo Helenka ucierpiałaby bardzo na tym, gdyby jej pochód, wyglądający na tryumfalny, miał był liczniejszych świadków. Szybko wbiegła po schodach na górę, a ogon, na wskroś przemarznięty i stwardniały, uderzał niby taran w deski schodowe. Przelękniona i zawstydzona tym łoskotem, przybierającym w jej uszach kolosalne rozmiary, dopadła drzwi swego pokoju i, rzuciwszy się na krzesło, zakryła twarz rękami.

Ale trzeba było przebrać się nareszcie i stawić w jadalnym pokoju na herbatę. Zapaliła świecę, włożyła inną suknię, poprawiła włosy, a śpieszyła się z tym wszystkim bardzo, bo przechadzka na świeżym powietrzu obudziła w niej szalony apetyt. Młody żołądek ma swoje prawa, których zmartwienie nawet nie usuwa. Po dniach, przez które nic prawie w ustach nie miała prócz herbaty, z jakąż ochotą zjadłaby kawałek zimnego pasztetu lub kurczęcia, przekąsiwszy wprzód odrobiną kawioru lub łososia!