Gdy mijali korytarz, Anna, idąca obok niej, pokazała jej drzwi, znajdujące się na prawo, i rzekła:

— Tutaj pani będzie przepędzała większą część dnia, począwszy od jutra.

Helenka podniosła głowę i przeczytała napis ułożony z dużych mosiężnych liter: Kantor.

„Aha! — rzekła do siebie z goryczą — tutaj to zacznę zawadzać od jutra”.

Wyszedłszy na dziedziniec, minęli budynki cieplarniane i skierowali się prosto do ogrodu, którego furtkę Andrzej kluczem wyjętym z kieszeni otworzył. Był to wielki obszar gruntu, zasadzony grupami drzew i drzewek, których większa część poobwijana była słomą, co im nadawało podobieństwo do ludzkich postaci w białych koszulach. Altany i szpalery wyglądały jak góry śniegowe, bo śnieg pokrywał ogród na półtora łokcia wysoko. Helenka bez ustanku poprawiała swoją suknię podciągając ją coraz wyżej.

W samym środku ogrodu była duża sadzawka, a z niej wypływało kilka wąskich kanałów, przerzynających ogród w kilku kierunkach; na kanałach rzucone były mostki z poręczami. Teraz woda wszędzie ścięta była lodem, a śnieg starannie był odmieciony i błyszcząca powierzchnia pokazywała, że tu używano ślizgawki.

— Czy pani lubi się ślizgać? — zapytał Andrzej, gdy stanęli nad sadzawką.

— O, bardzo lubię — odpowiedziała, zapomniawszy o swoim gniewie. Urodzona i wychowana nad wodą, lubiła namiętnie wszystko, cokolwiek z wodą miało związek, a więc ślizganie, jeżdżenie łódką, łowienie ryb.

— Więc służę pani — powiedział wyjmując z kieszeni parę malutkich łyżew.

Helenka wyciągnęła rękę uradowana, ale opuściła ją w tejże chwili — czyż podobna bowiem ślizgać się w sukni z ogonem?