Helenka nieznacznie wzruszyła ramionami. Chluba z posiadania takiej umiejętności wydała jej się bardzo naiwną. Myśl, że będzie musiała sama słać swoje łóżko i ścierać kurze, nie uśmiechała się jej wcale.
„Już trzy kazania dziś słyszałam — rzekła do siebie — jedno było o oszczędności, drugie o strojach, trzecie o sługach. A to kaznodziejska rodzina! Zamiast sprzedawać nasiona, powinni by wszyscy, wziąwszy biblie pod pachy, jechać do Indii Wschodnich lub do Australii. Widzę, że ja tu gram rolę jednego z dzikich i że mnie chcą nawrócić!...”
— Czy pani nie zmieni sukni? — pytała Elżunia, widząc, że Helenka na swoją elegancką toaletę nakłada futro.
— Nie chce mi się przebierać — odrzekła z pańską niedbałością — ta zresztą czy inna, wszystko jedno.
— Nie będzie pani mogła swobodnie iść z tym ogonem, a ciągłe trzymanie go w ręku zrobi pani ambaras.
— Jestem do tego przyzwyczajona — odrzekła zarzucając go na lewą rękę, co jednakże nie było prawdą. Ogon był dla niej nowością i dlatego nie chciała się z nim rozstać.
Czuła, że istotnie rozsądniej byłoby zmienić suknię, ale pod wpływem uwag i nauk, jakie ciągle słyszała, zaczął się w niej budzić duch sprzeczności i oporu. Postanowiła nie poddawać się. Zresztą Andrzej, który jej strojność ganił i wiedział, że słowa jego słyszała, gotów by teraz pomyśleć, że zrobiła to, chcąc zasłużyć na jego pochwałę.
Schodząc ze schodów Elżunia i Helenka zobaczyły Andrzeja ze starszą siostrą, czekających już na nie przy ostatnim stopniu. We wzroku obojga, zwróconym na niebieską suknię, Helenka wyczytała naganę. Anna milczała jednak, Andrzej zaś powiedział tonem nieco szyderskim:
— Brakuje pani pazia.
Spojrzała na niego gniewnym wzrokiem i wydał jej się jeszcze brzydszy i nieprzyjemniejszy niż rano.