Przechodząc koło cieplarni spotkała się oko w oko z wychodzącym stamtąd Andrzejem. Chciała się cofnąć, ale już było za późno — zresztą „nieprzyjemny człowiek” niósł w ręku coś, co przyciągało jej wzrok siłą magnetyczną. Był to przepyszny egzemplarz białej azalii cały okryty kwiatami i pączkami, spod których nawet gałązek nie było widać, jeden olbrzymi bukiet bielszy od śniegu. Oczy dziewczęcia zajaśniały.
— Co za prześliczne kwiaty! — zawołała mimo woli.
Andrzej przystanął.
— Lubisz pani kwiaty? — rzekł jakby zdziwiony. — Nie wiedziałem o tym. Ale kiedy tak, to proszę z sobą. Mam tu coś, co panią pewnie zainteresuje.
I otworzył drzwi cieplarni, puszczając ją przed sobą.
Był to duży budynek, obmyślany podług wszelkich wymagań nowoczesnego budownictwa szklarnianego. Nakryty szklanym dachem, wspartym na lekkim, ale mocnym wiązaniu żelaznym gromadził wielką ilość światła potrzebnego roślinom. Stały tam olbrzymie paprocie, zwieszające ku dołowi swoje koronkowe liście, stały palmy, sięgające niemal do sufitu, a dokoła nich grupowały się gardenie, franciscee i inne rośliny okryte kwiatami. Na ziemi były ustawione setki cebulkowych roślin kwitnących o tej porze: tulipany, hiacynty, konwalie, szafrany — a żywe ich barwy przepysznie odbijały na ciemnym tle innych krzewów. W rogu cieplarni, gdzie były zgromadzone wszystkie paprocie, znajdował się niewielki okrągły basen napełniony wodą, a złote rybki to wypływały na wierzch, to chowały się między rośliny wodne czepiające się ścian obmurowania. Tuż przy basenie stała mała ławeczka żelazna, zachęcająca do siedzenia — a druga ławeczka pod ścianą, która cała bluszczem była pokryta, miała jeszcze przed sobą niewielki żelazny stoliczek. Z góry, niby żyrandole, zwieszały się rosnące w korze drzewa i mchu przepyszne storczyki.
— Jest to pracownia moich sióstr — powiedział Andrzej wskazując ławeczki — jedna przychodzi tu często malować z natury kwiaty na porcelanie, druga układa obstalowane bukiety.
„Przyjemna pracownia” — pomyślała Helenka, oddychając orzeźwiającym powietrzem oranżerii, nasyconym wonią kwiatów.
Nie wiedziała ona o istnieniu tego raju w obrębie swego więzienia, bo apatyczna na wszystko, co się dokoła niej działo, myśląca ciągle tylko o własnej osobie i tym, co nazywała swoim nieszczęściem — nie okazała ani razu chęci zwiedzenia budynków. Oczy jej patrzące od dwóch tygodni na same ciemne barwy i formy surowe nie mogły się nasycić tym widokiem.
Andrzej pokazał jej olbrzymi krzew, którego wielkie, zębate, błyszczące liście, podziurawione w duże foremne serca zwracały już uwagę swoją oryginalnością, jak również wielka ilość korzeni grubości palca, wyrastających wzdłuż łodygi i zwieszających się na dół niby dziwaczna frędzla. Helenka przypatrywała mu się ciekawie.