Modniarka przygryzła usta.
— Taak... a więc można by pani zrobić coś w tym guście ze sztuki. Mamy tu właśnie cudowne wyroby francuskie, lekkie wełniane laine brochée.
W mgnieniu oka rozrzuciła przed nią kilka sztuk.
— Niech pani tylko spojrzy, co za delikatność, jaka miękkość! Już to wyroby francuskie posiadają niezaprzeczoną wyższość nad angielskimi, bo są piękne, trwałe i dobrze wyglądają aż do zdarcia. Niech pani tylko będzie łaskawą wziąć w rękę. Ten kolor électrique będzie pani bardzo do twarzy!
I ująwszy w rękę kilkanaście łokci udrapowanej materii, szybkim ruchem zarzuciła ją na ramiona Helenki. Był to już ostatni atak.
— Co za pyszne tło do jasnych włosów pani i tej świetnej cery! Jest w nim pani prześlicznie!... Zrobimy pani veste bretonne do figury, z baskiną okrągłą i upięciem à la Vailière.
Znalazłszy się tak przypartą do muru, Helenka poczuła, jak źle zrobiła nie powiedziawszy od razu całej prawdy, bo to postawiło ją znowu w fałszywym położeniu; spostrzegła, że chcąc wybrnąć, plątała się coraz bardziej. Atak ten zresztą przypuszczony do jej kobiecej próżności obudził w niej dumę szlachetną. Usunęła łagodnie modniarkę i rzekła spokojnie, lecz stanowczo:
— Ani z tego, ani z żadnego innego materiału sukni obstalowywać nie mogę. Garderobę mam dostatecznie zaopatrzoną na moje dzisiejsze potrzeby; że zaś z konieczności muszę się bardzo ograniczać, więc i na żadne zmiany nie przystanę. Proszę pani o zwrot pieniędzy.
— Trzeba tak było powiedzieć od razu — mruknęła modniarka przez zęby — zamiast mi mówić o kolorach! Chciałam pani tylko dogodność zrobić, ofiarując co innego w zamian za tonletę balową, a skoro pani własnego interesu zrozumieć nie chce, to musi pani czekać, aż suknia sprzedaną zostanie. Powieszę ją w sklepie, to jest, zrobię wszystko, co będzie w mojej mocy. Jeżeli się trafi kupiec...
Zrobiła rękami gest, oznaczający wątpliwość, i dodała: