— Mówiąc między nami, pomysł jest trochę dziwaczny i wątpię bardzo, czy się komu spodoba.

Skinęła głową protekcjonalnie i zajęła się dwiema damami, które w tej chwili weszły do magazynu.

Helenka została sama. Była jak odurzona tym, co usłyszała. Jak to! więc ów świetny pomysł, którym się Worth zachwycał, stał się dziwaczny w przeciągu kwadransa i wątpiono, żeby się mógł komukolwiek podobać? Taka ogromna zmiana w tak krótkim czasie! Dopóki myślano, że jest bogatą, pomysły jej były mądre, oryginalne i pełne gustu, a skoro przekonano się, że tak nie jest, straciły od razu wszelką wartość. O, jak to źle być ubogą! Klasyczna jej piękność nawet nic nie znaczyła bez pieniędzy...

Nie miała już na co czekać tu dłużej i powinna była odejść, ale rozmowa tocząca się w magazynie zatrzymała ją. Przybyłe damy żądały sukni balowej tego jeszcze wieczora i modniarka wyjęła z pudła kostium leśnej bogini, przedstawiając jako pomysł samego Wortha. Wrażenie sprawione imieniem tego króla mody było wielkie. Damy porozumiały się z sobą oczyma, a z wyrazu ich twarzy było widać, że postanowiły zdobyć ten strój za jaką bądź cenę. Wniesiono pudło do gabinetu, gdzie siedziała Helenka, zasłonięta piętrzącymi się w stos materiałami, które ich właścicielka porzuciła była z gniewem na stole. Zaczęło się szczegółowe oglądanie i przymierzanie, przy czym modniarka nie szczędziła młodszej damie, dość brzydkiej nawet, pochlebstw w tych samych niemal wyrazach, jakie mówiła Helence. Nareszcie dobito targu, choć cena była znacznie wyższą od tej, jaką zapłaciła pani Orecka — i damy wyszły zabierając pudło do karety.

Wówczas Helenka wstała ze swego krzesła i, wchodząc do magazynu, rzekła spokojnie, lecz stanowczo:

— Ponieważ suknia została już sprzedaną, proszę panią zatem o zwrot moich pieniędzy.

Modniarka najpewniejsza, że jej dawna klientka już wyszła, była właśnie w tej chwili zajęta zgarnianiem pieniędzy do szuflady. Zaczerwieniła się lekko i ruchem nerwowym posunęła ku niej banknoty. Scena ta odbyła się w milczeniu.

Gdy Helenka znalazła się na ulicy, a mroźne powietrze owiało jej rozpaloną twarzyczkę, odetchnęła głęboko, przebyła bowiem ciężką godzinę w tym przybytku mody. Bóg jeden widział, ile ją kosztowało jawne przyznanie się do ubóstwa, ile pokonanie nieśmiałości i natarczywe dopominanie się po trzykroć pieniędzy, ile pokus zwalczyć musiała... Jednak była teraz dumna z odniesionego nad sobą zwycięstwa, a chociaż powtarzała sobie jeszcze, że źle jest być ubogą, chociaż z goryczą myślała o różnicy w zachowaniu się modniarki na początku i na końcu, przecież gorycz ta właśnie dała jej poczucie własnej wartości, niezależnej od utraconego w modnym świecie stanowiska — i obudziła żywszą sympatię dla ludzi, których twardość i surowość raziła ją, ale którzy nie majątek, nie powierzchowność, tylko wartość moralną cenili w człowieku. Jakże wielcy wydawali się jej w tej chwili ze swoją purytańską prostotą wobec tego świata modnego, myślącego tylko o gałgankach, wśród którego spędziła tę godzinę! Jakże czcze wydały jej się słyszane tam rozmowy, gdy je porównywała z poważnymi zagadnieniami i celami, jakimi tamci byli zajęci! A jednak świat ten był niegdyś jej światem, a to, czym w tej chwili gardziła, było niegdyś najmilszym dla niej i nigdy nie wyczerpanym tematem do rozmowy. Spostrzegła, że między jej istotą dawniejszą a dzisiejszą jest pewna różnica, i zdziwiła się.

Ściskając mocno w ręku portmonetkę, stała na chodniku, chcąc zawołać na przejeżdżającą dorożkę, gdy nagle zrobiło się jej żal pieniędzy odzyskanych z takim trudem.

„Pójdę pieszo — rzekła do siebie po chwili namysłu — jest wprawdzie trochę daleko, ale wieczór pogodny, to się jakoś przejdzie”.