Była to pierwsza jej oszczędność.
XVII
Iść pieszo i bez lokaja było dla Helenki rzeczą zupełnie nową. Z początku zdawało jej się, że każdy przechodzień patrzy na nią i dziwi się temu, ale wkrótce spostrzegła swoją omyłkę. Warszawa to nie miasteczko M., gdzie każdy jej krok zwracał uwagę i był wszystkim wiadomy. Tu panny Oreckiej nikt nie znał, nikt na nią nie zważał i mogła była iść nawet boso, a nikogo by to nie obeszło.
W innym razie spostrzeżenie to obudziłoby w niej niezawodnie gorzkie myśli i co najmniej przypomniało słowa Cezara, że „lepiej być pierwszym w lichej chacie niźli drugim w Rzymie” — ale w tej chwili odzyskanie uważanych za stracone pieniędzy napełniło ją taką radością, że nie miała czasu nawet zastanawiać się nad tym.
Lekkim, szybkim krokiem szła przez ulice, nie czując bynajmniej zmęczenia, a ujrzawszy nareszcie z daleka wielki dom, dobrze sobie znany, zdziwiła się prawie, że się tak prędko u bramy jego znalazła.
Z pewnym miłym uczuciem wchodziła teraz w progi swego więzienia, jak gdyby czyn spełniony zbliżył ją z duchem ożywiającym jego mury. Oświetlone okna pierwszego piętra i przesuwające się w nich cienie pokazywały, że tam już tańczono; gdy wchodziła w bramę, słyszała wyraźnie dźwięki mazura, ale to nie zatrzymywało jej ani na chwilę. Uśmiechnąwszy się mile do odźwiernego, zdziwionego niepomiernie tą niebywałą uprzejmością dumnej panny, pobiegła do siebie na górę, gdzie siadłszy przy stole, napisała natychmiast list do Ofmana i włożywszy w niego pieniądze, dopiero ubierać się zaczęła. I rzecz dziwna! ona, co przed paru godzinami pragnęła jaśnieć w świetnym balowym stroju, włożyła teraz skromną muślinową sukienkę w kolorowy rzucik i splótłszy po prostu swoje przepyszne włosy w dwa grube warkocze, spuściła je swobodnie na plecy. Gdy w chwilę potem zjawiła się w progu salonu, twarz jej była pogodna, a w wielkich ciemnych oczach, gdzie dotąd błyszczały na przemian łzy żalu lub ognie błyskawic gniewu, jaśniał dawno niebywały spokój.
Powiodła oczyma po salonie i spotkała się ze wzrokiem Andrzeja. Oparty o framugę okna, stał patrząc we drzwi. I gdy ją tylko spostrzegł, przesunął się między parami tańczących i stanął przy niej.
— Jakże pani długo nie wracałaś! — rzekł tonem łagodnym i niemal serdecznym — byłem już o panią niespokojny i chciałem iść pani szukać.
— Pan? — spytała wpatrując się zdziwionymi oczyma w tego człowieka, zdającego się nie pamiętać, że przed trzema godzinami w tym właśnie miejscu wyrządził jej ciężką obelgę. — Pan? To chyba żart?
Andrzej lekko brwi zmarszczył.