— Przecież wuj Miś powiedział nam wyraźnie, gdzie go znajdziemy! — zirytował się Olek. — Co ty, Niku, wynajdujesz jakieś trudności i niebezpieczeństwa! Sprawa jest prosta jak bagnet.
— Właśnie, że nie taka prosta, jak się wydaje — powiedział Nik ponuro.
Jechali dłuższą chwilę w milczeniu, wzdłuż pola kwitnącej koniczyny. Na zielonej, bujnej powierzchni, gdzieniegdzie brązowiały wygryzione płaty, jak łysina poczynająca ogałacać uwłosioną gęsto głowę.
— Psia kość, jaka to kanianka na tej koniczynie — zaklął Olek.
— Mój drogi — przerwał mu porywczo Nik — tu nie o kaniankę chodzi, tylko o pana Andrzeja. Przecież mogło się tak zdarzyć, że ktoś nadszedł w to miejsce, gdzie siedział i musiał się ukryć gdzie indziej. A jeżeli my się natkniemy na tego innego i spytamy go, czy to on był w legio... czy to on jest właśnie tamtym, którego...
— Nie można powiedzieć, żebyś się jasno wyrażał — rzekł drwiąco Olek.
— Do kroćset! Przecież i tak wszystko rozumiesz! — rozgniewał się Nik.
— Rozumiem.
— No więc, czego się czepiasz?
— Ja się nie czepiam. Tylko czego ty w ogóle chcesz? Naturalnie, że nie będziemy do niego z daleka krzyczeć: „czy to pan, czy to nie pan?”. Trzeba będzie się zapytać dyplomatycznie.