Dnia tego szli i szli bez końca, tak zatopieni w rozmowie, iż nie widzieli nic wokoło.
Nagle Nik odwrócił się, spojrzał i rzekł:
— A wartownika dzisiaj nie ma!
Olek aż oniemiał ze zdziwienia.
— A to dopiero! — wykrzyknął — gdzież się podział?
— Ładny żołnierz, nie ma co mówić!
— Moglibyśmy tak dojść aż do Memla3 — powiedział Nik z zadowoleniem.
— Ba! A granica pruska? Myślisz, że Prusacy tak samo jej pilnują jak Moskale4? Nie ma obawy. Lepiej wracajmy, bo nas jeszcze tu przyłapią.
Zawrócili tedy i szli, milcząc, w kierunku Połągi. Nikowi wydało się nagle bardzo głupie, że ludzie pokrajali sobie ziemię w kawałki, na tych granicach postawili straż i nie przepuszczają się wzajemnie bez jakichś specjalnych ceremonii, Bóg wie, po co to wszystko!
W połowie drogi wpadła na nich Marta, czerwona, z rozwianymi włosami. Z daleka już krzyczała coś, czego nie można było zrozumieć.