W pokoju legionisty zastali chłopcy ojca, matkę i wuja Dymitra. Widocznie odbywała się jakaś narada i prawdopodobnie natychmiast kazano by im zawrócić tam, skąd przyszli, gdyby wuj Miś nie wstawił się za nimi. Dopuszczono ich zatem do obrad, bez prawa głosu.

Ojciec właśnie mówił o tym, że właściwie nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Niżpol bowiem to taki kraj zaczarowany, gdzie nikt nie odważa się naruszać spokoju i urody życia, ani wojsko, ani policja, ani urząd żaden. Szosa o cztery kilometry, trakt również. Nawet „uradnik14” dostaje od czasu do czasu prosię po to, by nigdy nie szpecił sielskich widoków kształtem swej urzędowej czapki.

Wieś? Wsi nawet nie przyjdzie do głowy interesować się nowym mieszkańcem dworu, a służba niczego podejrzanego się nie dopatrzy w nowym profesorze paniczów, którego dlatego nie biorą do wojska, że trochę kuleje.

By zaś rzeczywiście stał się w domu użytecznym, będzie chłopcom, a zwłaszcza Tomkowi dawał lekcje.

— Ja nic nie umiem — powiedział z przerażeniem legionista.

— No, coś przecież! Skończył pan gimnazjum?

— Tak, byłem na drugim kursie medycyny.

— Potrafi więc pan Toma przygotować do klasy drugiej?

— Ja panu pomogę — powiedział Olek i zaczerwienił się po uszy, bo zdanie wypadło przynajmniej o dwie oktawy wyżej, niż miał w projekcie. Zupełnie jak gdyby zapiał młody, zachrypnięty kogut.

Legionista się uśmiechnął z wdzięcznością i lekko kiwnął głową.