Droga wyglądała rzeczywiście jak szlak mrówczy. Ciemna i ruchliwa. Kurz wznosił się ponad nią równym słupem. Dolatywały krzyki i wołania. Między oddzielnymi grupami nieuszeregowanych, bezładnie idących żołnierzy, jechali na koniach oficerowie, okryci kurzem i ospali. Właściwie wszystko to razem nie wyglądało na pochód wojsk, tylko na jakąś wędrówkę jednakowo ubranych, sfatygowanych do ostatka, bezradnych ludzi.
— Chodźmy zobaczyć z bliska — zawołał Tom, zbiegając z grobli.
Ale pan Andrzej nie tylko nie zbiegł za nim, lecz głosem stanowczym przywołał go z powrotem na górę.
Tom się zirytował:
— Dlaczego pan nie chce, żebyśmy poszli zobaczyć? Cóż to złego? Przecież musimy się dowiedzieć, co to za pułki i czy będą wieźli armaty!
Pan Andrzej nic nie odpowiedział. Stał nieruchomo z rękami w kieszeniach i patrzył na drogę.
Marta rzekła cichutko:
— Pewnie dlatego nie chce, że to jest wojsko rosyjskie, więc nie powinno nas obchodzić.
Nauczyciel posłyszał to zdanie i potrząsnął przecząco głową.
Powiedział, że w tej chwili to wszystko jedno, czy to są Rosjanie czy Polacy.