Powiedział o tym Marcie po cichu.
Tymczasem żbik wypytywał pana Andrzeja, co tu robi i skąd się wziął. Był przecież w wojsku, czy nie tak?
— Tak, tak — pośpiesznie odpowiedział pan Andrzej. — Pułk mój został rozbity w Galicji Wschodniej — oficer kiwnął głową na znak, że wie — a ja zostałem ranny w nogę i uznany za niezdatnego do służby.
Oficer nic nie odpowiedział, tylko zamyślił się.
Natomiast towarzysz jego jął pytać, czy nie można by we wsi tej, do której się zbliżają, dostać szklanki mleka. Są bardzo zmęczeni i spragnieni.
— Oto są dzieci właścicieli Niżpola — rzekł pan Andrzej, wskazując Toma i Martę, która natychmiast powiedziała uprzejmie:
— Moim rodzicom będzie bardzo przyjemnie, jeśli panowie zechcą zajechać.
A potem zaczerwieniła się strasznie, bo przypomniała sobie, że progu niżpolskiego domu nie przekroczył jeszcze żaden Rosjanin.
Ale już było za późno, oficer z twarzą orlą uśmiechnął się w sposób nadzwyczaj powabny i powiedział miękko.
— Dziękuję.