Olek wcale się nie zdziwił tym, że Nik odpowiedział na to, o czym on myślał — przecież zawsze tak było. Natomiast rozgniewał się i nazwał go głupcem.
— Właśnie! Bardzo Francuzi potrzebują takich jak ty smarkaczy — (Nik miał dopiero dwanaście lat). — Na pewno bez nas nie dadzą sobie rady. Może nawet powierzą nam dowództwo armii...
Tom zaś naprawdę nie przejmował się niczym. Powiedział na samym początku, że: „to mnie nic nie obchodzi, bo to przecież nie polska wojna” — i dalej budował swoje zamki z piasku, na szczytach których zatykał biało-amarantowe flagi. Dotrzymywały mu placu Ania i Marta, choć ta ostatnia często zakłócała jego spokój westchnieniami pod adresem wojny. Mówiła na przykład:
— Mój Boże, czy też tu czasem nie przyjdą Niemcy! — albo — Co też papo sobie myśli o nas w Niżpolu? Pewno bardzo się niepokoi!
— Nie niepokoi się! — mówił chłodno Tom. — Przecież mama depeszowała. Gdzie wtykasz tę chorągiew? Przecież tam jest babka z piasku, a nie baszta!
Wszystko to razem nie trwało długo, bo już w tydzień po wypowiedzeniu wojny ruszono z powrotem do Niżpola.
Ten powrót zupełnie nie był podobny do przyjazdu. Z Libawy do Połągi było około stu kilometrów, którą to drogę, pierwszym razem, przebyto automobilem. Ale teraz, przy wyjeździe, nawet mowy nie mogło być o zdobyciu auta. Z trudem wielkim i za ogromną cenę udało się wynająć starą, rozklekotaną landarę, z wiadrem przywiązanym między osiami i tobołkiem siana w koźle, i wózek, który Żyd właściciel nazywał ozdobnie bryczką na resorach. Około czterdziestu podobnych landar i wózków ruszyło o godzinie czwartej rano w kierunku Libawy.
Mimo tragizmu chwili i grozy okrętów, których zamglone kadłuby widniały na horyzoncie morza, pielgrzymka ta na oko przedstawiała się nader komicznie.
Jakaś potężna jejmość, tkwiąca na szczycie przeróżnych tobołków, wołała donośnym głosem, do osoby umieszczonej w głębi powozu: „Sto razy mówiłam Genowefie, żeby nie pakować maszynki do worka. Ja siedzę na maszynce. Czy przynajmniej Genowefa wylała spirytus?” — Zza budy landary doleciał jakiś słaby pomruk.
Jejmość krzyczała dalej: „Jeśli maszynka okaże się zgnieciona, to na czym Genowefa zagrzeje mleko dla Jacusia? Pytam się: na czym? Na czym? Co? Gdyby Genowefa zapakowała maszynkę do pudła, to nie siedziałabym teraz na maszynce!”.