— Ot masz! Pieni się.

— Tak — rzekł Nik smutno — ale cóż z tego, skoro wyjeżdżamy.

Ale w tej chwili obaj umilkli, bo zobaczyli nad Libawą brunatne kłęby wijących się dymów spalonego portu.

Rozdział III. Inaczej — nie

Okazało się, że pani z Genowefą i Jacusiem jechała także w kierunku Żytomierza. Z wieczora zaklinała panią Charlęską na wszystkich świętych, ze świętym Gaudentym włącznie, ażeby trzymały się razem.

— Trzymajmy się razem, droga pani — mówiła tak głośno, że za granicą pruską było słychać — trzymajmy się razem, to jedno drogiej pani powiem, będzie nam raźniej.

Ale pani Charlęskiej i tak było zupełnie raźno i wcale nie miała ochoty trzymać się razem z hałaśliwą jejmością, która szerzyła wokół siebie postrach i zamieszanie.

Na stacji w Libawie okazało się, że pociąg odchodzi dopiero nazajutrz rano, cała więc karawana rozpierzchła się w poszukiwaniu noclegu.

Pani Charlęska z trudem wielkim zdobyła jeden pokój — w żydowskim hoteliku przy stacji. Pokój ów, z dziurawą podłogą i pozaciekanym sufitem, zawierał tylko jedno łóżko, ale Żyd gospodarz zapewnił panią Charlęską, że „panicze, uni sze mogą prześpić na kanapie, un jest bardzo porządny, ten kanap, na moje sumienie, w nim nima żaden owad!”.

Chłopcy spali tedy we trzech na jednej kanapie, a spali tak mocno, że nie przeszkodził im nawet liczny „owad”, który wbrew twierdzeniom Żydka zaznaczył swoją obecność w sposób dotkliwy i widoczny.