— No i my widzimy ciemny otwór! Ale czegóż wrzeszczeć? — zapytał flegmatycznie Tom, patrząc na Alego wzrokiem pełnym pogardy.
— Bo... bo ja widziałem coś strasznego!
Na takie orzeczenie wypowiedziane głosem nabrzmiałym trwogą, zrobił się maleńki popłoch! Stos gruzów pod zaporą opustoszał w ciągu sekundy. Dopiero w przyzwoitej odległości od otworu dzieci oprzytomniały i zawstydzone własnym tchórzostwem bez słowa wygramoliły się na nowo i zajrzały w dziurę.
Ale daremnie oczy otwierały się najszerzej! Nie było widać nic, jeno13 głęboką ciemność.
— Cóż to było? — zapytała w końcu Rena.
— Kościotrup!
Dzieci zdrętwiały. Po długiej, ciężkiej jak kamień chwili Olek rzekł niepewnie:
— Wydało ci się. Skądże znowu! Dajcie no tu świecę, trzeba zobaczyć — i wziąwszy światło z rąk Marty, wsunął głowę w otwór i bohatersko spojrzał.
— Kościotrupa tu żadnego nie ma — rzekł pewniejszym cokolwiek tonem — leży tylko na ziemi trochę kości, ale tak małych, że co najwyżej kota albo wiewiórki, albo już nie wiem czego. Jeśli się boisz, Ali, odrzucę je tak, byś przechodząc nie widział ich. Pewnie światło świec tak dziwnie jakoś padało i przeraziło cię. A teraz nie traćmy już więcej czasu. Przełażę przez dziurę, a wy za mną.
Z trudem i mozołem, rozdzierając ubrania o sterczące drzazgi, trafiając nogami w nieoczekiwane wywroty i dziury, przelazły dzieci przez barykadę, pomagając sobie wzajemnie. Dalszy ciąg przekopu miał już charakter inny. Był wyższy, szerszy, staranniej wykończony. Nie trzeba było schylać się idąc, ani rozbijać nosów o nieoczekiwane występy. Był cały wykuty w skale.