— Tu już się pewnie zaczynają pokłady labradorowe. Pomyślcie, ile lat wysiłku i trudu musiał kosztować przekop, którym idziemy. Już teraz jestem pewien, że prowadzi aż do zamku.

Po tej uwadze Olka przyspieszono kroku, wszyscy bowiem czuli wyraźnie, że jeżeli coś ciekawego ich czeka, to tylko pod zamkiem. Ale i przyspieszać kroku było tu nietrudno. Pod nogami dzieci ziemia była gładka, szerokość korytarza pozwalała ruszać się swobodnie, a nawet iść parami, zamiast gęsiego. Coraz szybciej posuwano się naprzód, nerwowo pokonując zmęczenie, by prędzej dojść do upragnionego, choć niewiadomego celu.

Jakoż po godzinie tego forsownego marszu, gdy nogi już stanowczo odmawiały posłuszeństwa, dzieci znalazły się niespodzianie w ogromnej, okrągłej piwnicy, której sklepienie wspierało się pośrodku na potężnym, czworograniastym, kutym w kamieniu filarze.

Była pusta. Podnosząc wysoko niedopalone świeczki, dzieci uważnie, a starannie obeszły ją wokoło. Ściany piwnicy proste, kamienne i nagie, nie nosiły na sobie żadnych znaków, żaden nowy korytarz nie brał tu swego początku. Piwnica była beznadziejnie pusta.

W głębokim zniechęceniu siadł Olek na płaskim kamieniu, leżącym pod kolumną i rzekł smutnie:

— Po co się było tak męczyć! — ale nim dokończył, Nik zepchnął go energicznie, klęknął przed kamieniem i przyświecając sobie świeczką, wysylabizował z trudem:

— „In manus tuas Domine” — słowa te wyryte nieudolnie i bardzo słabo, widniały na płaskiej kamienia powierzchni.

— Co to znaczy? — zapytał Tom.

— To znaczy... „W ręce Twoje, Panie”.

Dzieci zamyśliły się głęboko. Wtem Nik krzyknął olśniony nagłą myślą: