— To znaczy, to znaczy, dzieci moje kochane, że tu pod tym kamieniem ktoś złożył coś i powierzył w ręce Boga!
— Może być! — cicho i ze wzruszeniem potwierdził Olek — lecz w takim razie nie mamy prawa, Niku, szukać tego. Nie mamy prawa, skoro powierzył to Bogu.
Ale z oczu Nika biło jak gdyby światło. Powiedział drżącym głosem:
— Olku, przecież nasze ręce to uszanują! Przecież nie sponiewieramy tego, co ten ktoś ukrył prawdopodobnie przed wrogiem. Nie jesteśmy wrogami! A ten napis po łacinie przecież wyraźnie dowodzi, że temu komuś chodziło o zwrócenie uwagi, tylko nie chciał, by każdy mógł go zrozumieć. Ja czuję, czuję, Olku, że powinniśmy odwalić kamień. Po to właśnie przyszliśmy tutaj!
— Po to przyszliśmy — przytwierdziła Rena i nie dyskutowano już dłużej. Olek, Nik i Rena, podłożywszy pod głaz kociuby, podważyli go bez trudności, gdyż nie był zbyt ciężki. Pod nim wtłoczone mocno w ziemię widniały dwie zbutwiałe deszczułki związane szpagatem.
Olek je podniósł, siadł na kamieniu i rękami czarnymi od ziemi, jął z trudnością rozplątywać sznurek, który wszelako po paru szarpnięciach rozleciał mu się w ręku. Spomiędzy rozwiązanych deszczułek wypadł jakiś łachman.
I oto dzieci rozpostarły między sobą duży, pożółkły kwadrat białego jedwabiu, bramowanego14 srebrem.
W milczeniu głębokim poznały w nim sztandar.
Tak, był to sztandar zerwany z drzewca. Z jednej jego strony na pożółkłym, podziurawionym jedwabiu, barwnie wyhaftowana widniała Matka Boska Berdyczowska — z drugiej jednogłowy, ukoronowany orzeł srebrny, a wokoło złoty napis:
DLA CIEBIE OJCZYZNO MIŁA!