Na jednym z rogów widniała duża, rdzawa plama zakrzepłej krwi.

Serca dzieci zwarły się nagle wzruszeniem niewymownym ponad tą płachtą skrwawionego jedwabiu, ręce nie śmiały dotknąć świętej plamy, usta — powiedzieć żadnego słowa. Poczuły się nagle wzniesione aż do wyżyn czyjegoś bohaterstwa, aż do dramatu czyjejś krwawej śmierci za honor sztandaru, za wolność Ojczyzny miłej.

Marta wyszeptała cicho:

— Tu jest jakiś papier.

W istocie z rozwiniętego sztandaru wysunął się nieduży kawałek sztywnego, żółtego pergaminu. Olek wziął go w ręce, wyprostował rogi i przy drgającym świetle świeczki zaczął z trudem czytać.

— Ja, August Charlęski, pułkownik, dowódca Oddziału Pierwszego Wołyńskiego, po przegranej czerniachowskiej, ujrzawszy się z partją swą, złożoną z ludzi stu dwudziestu czterech, otoczonym w lasach hołowińskich przez cztery sotnie kozaków, postanowiłem przedrzeć się z oddziałem przez kordon wroga. Z rąk umierającego chorążego wyjąwszy sztandar, zerwałem go z drzewca i na piersiach ukryłem. W czasie walki ranny w głowę i ramię, straciłem przytomność. Ocknąwszy się, znalazłem się sam wśród trupów, w pustym lesie. Poszedłem, kierując się na zamek kamieniecki. Znanem mi wśród ruin tajemnem przejściem zeszedłem do lochów podziemnych i niemi doszedłem do zameczka ślepego w Niżpolu. Sposobem znanym uchyliwszy płyty w grocie, ujrzałem park i dwór zalany moskiewskiem żołdactwem. — Powróciłem do ruin kamienieckich i tu, honor mojego pułku, sztandar jego, powierzam ziemi, albowiem wyszedłszy z lochów, żywy czy umarły, wpadnę w ręce wroga.

— Pisano dnia 27 Octobra. Anno Domini 1863.

Gdy głos Olka zamilkł, echo powtórzyło jeszcze kilkakrotnie „trzeciego... trzeciego... ego”.

— Pradziadunio — powiedziała ledwie dosłyszalnym głosem Marta.

— Tak, pradziad to pisał i był tutaj, i rzeczywiście wyszedłszy stąd, wpadł w ręce wroga. I zginął śmiercią męczeńską 28 października sześćdziesiątego trzeciego ro...