Nie domówił Olek tych słów, gdy nagle jakiś huk wstrząsnął powietrzem, ni to piorun, ni to wybuch! Dzieci skoczyły na równe nogi.
— Jezus Maria — wybełkotał Tom.
Jak spłoszone ptaki porwali się wszyscy ku ucieczce, zakręcili na miejscu, schwycili za ręce, rzucili w korytarz.
Powtórny grzmot, stamtąd właśnie idący, wpędził dzieci z powrotem do piwnicy.
— Stójcie na Boga! — wykrzyknął Olek, starając się opamiętać. — Trzeba się najpierw przekonać, co to jest! Coś...
— Coś się pewnie zawaliło i nie będziemy już mogli wyjść... i umrzemy z głodu! — wyjąkał rozpaczliwie Tom.
— Głupstwa pleciesz — krzyknęła groźnie Rena.
— Uhu... hu... — zahuczało jeszcze mocniej.
Dzieci rzuciły się ku przeciwległej ścianie. Ostatnia świeczka w rękach Marty zgasła. I wtedy ujrzały posuwającą się ku nim z korytarza jasność i zahuczało znowu.
— Uhu... hu... ho... hop — a po chwili — Ooolku... Ni...ku!