Rozdział XVIII. Skrzynka
Nazajutrz rano Nik obudził się bardzo wcześnie; zupełna cisza panowała jeszcze w domu i za oknami. Mimo to wstał cicho i pozbierawszy po omacku części swej garderoby, chwalebnym zwyczajem porozrzucane w różnych kątach pokoju, wyszedł do łazienki. Po drodze zawadził o krzesło, które stuknęło mocno w stół. Olek podniósł na ten hałas głowę, spojrzał nieprzytomnie i zakląwszy siarczyście, usnął na nowo.
Otworzywszy w łazience okiennicę, Nik został zalany potokiem jasnego światła. Stał chwilę olśniony, patrząc na przecudny, Boski świat, potem zaś szybko i cicho uwinął się z ubraniem.
Wyszedł przez okno łazienki, z dawien dawna już bowiem uważał okna za odpowiedniejsze do wchodzenia i wychodzenia od drzwi.
Stanąwszy na mokrej trawie, poczuł się zaraz niezmiernie szczęśliwym.
Po wczorajszej burzy świat zrobił się niewypowiedzianie piękny i promienny. Aż oczy bolały od jaskrawości i siły barw. Wszystko stało się jakieś czyste, wymyte, wyraźne aż do przesady, do najdrobniejszych szczegółów, a wesołe do szaleństwa.
Spojrzawszy ku oficynom, Nik zobaczył klucznicę z dziewczętami, idące ku oborom; z daleka pod stajnią, pod okiem Gabra, stajenni czyścili konie. Zrazu Nik tam skierował swoje kroki, zaraz jednak nawrócił do parku, wspomniawszy nagle wczorajsze odkrycie Marty.
Burza poczyniła wielkie spustoszenia. Jeszcze przed domem, gdzie na aksamitnych trawnikach były przeważnie dywanowe kwiaty, przeplatane purpurowymi, niskimi klombami begonii, nie znać było jej śladów, lecz już po bokach, gdzie bujne, a pachnące słały się rabaty lewkonii, chryzantem, pelargonii — widać było jej niszczycielską rękę.
Najgorzej ucierpiały róże. Długie ich szeregi, ciągnące się wzdłuż parteru kwiatowego i tarasów, wczoraj jeszcze mieniące się gorącymi barwami, dziś poszarpane, połamane, wygięte, nie nosiły na sobie ani jednego rozkwitłego kwiatu; natomiast trawniki zasiane były wkoło wielobarwnymi płatkami, na podobieństwo grubego kobierca.
Smutny też widok przedstawiały grzędy kwiatowe, okalające barwnym murem oficyny. Wyglądały jak gdyby przeleciał po nich tabun koni; rundbekie wysokie i krzaczaste rozesłały się po ziemi, rozrzucając szeroko złociste kule swych kwiatów, dalie zbiedzone i połamane zdawały się wstydzić utraconej urody, astry zbiły się w gromady niby spłoszone owce. Ślazy i łubiny, rezeda i nasturcje, nieśmiertelniki, matyola i gardenie splątały się razem, a połamane łodygi dumnych malw sterczały ponad tym wszystkim, niby nagie maszty uszkodzonego przez burzę okrętu.