Umilkli. Za oknem szarzało gwałtownie. Na tle pociemniałego nieba coraz groźniej rysowały się bolesne sylwety odartych z liści, zapłakanych drzew parku. Wiatr chwytał niekiedy ich bezbronne konary i trząsł, i szarpał, i wyginał nielitościwie, i naigrawał się z ich nagości, naśmiewał z utraconej urody, natrząsał z nędzy i martwoty.
Na parterze kwiatowym jedne za drugimi, długim szeregiem róże, przygięte do ziemi i pokryte zeschłym liściem i świerczyną, wyglądały jak smutne, małe mogiłki cmentarza.
Z urn labradorowych, z których dawno już powyjmowano przekwitłe pelargonie, przelewała się deszczowa woda, kapiąc jednostajnie na marmur schodów.
Widać było poprzez nagie gałęzie drzew, jak daleko, daleko po drodze wiejskiej sunął wóz, raz po raz grzęznąc w błocie, zmokły i zmęczony na tle czarnej drogi.
Wszystko wokoło było monotonne, bolesne, umierające i zalane łzami. Chciało się płakać razem z niebem albo zasnąć cichutko z głową wtuloną w poduszkę.
Z daleka, poprzez pokoje doleciały tony muzyki.
— Mama grla! — krzyknęła Ania i frunęła z okna jak ptaszek. Tom statecznie, acz krokiem przyspieszonym poszedł za nią.
Mama grała nie na fortepianie, a na pianinie stojącym w bibliotece.
Palił się tam na kominku ogień i cała przeciwległa ściana zalana była czerwonym, pełzającym światłem.
Przed kominkiem w fotelu siedział ojciec i patrzał w ogień, paląc fajkę.