Na otomanie naprzeciw ognia siedzieli Olek, Nik i Marta.
Tom i Ania wtulili się między nich, opierając głowy o poduszki.
Mama grała Szopena. Dzieci znały go dobrze, z tym większą tedy rozkoszą słuchały tej przedziwnej muzyki, a każdy ton zapadał głęboko w serce i stawał się jego cząstką drgającą.
Mama grała długo nokturny, etiudy i preludia, aż Tom zdrzemnął się nieco, z głową na ramieniu Marty i zbudził się dopiero w chwili, gdy to usłużne ramię usunęło się znienacka, a głowa jego trafiła w siedzenie kanapy. Ocknąwszy się, zobaczył, że dzieci stoją przy fortepianie i śpiewają. Wobec tego zlazł z otomany i przyłączył się do chóru.
Tam na górze jawor stoi,
jawor zieleneńki,
ginie Kozak w obcej stronie,
Kozak młodziusieńki.
Ginie Kozak w obcej stronie,
śmierć mu oczy tuli,