— Boże, jak ten Olek rośnie — rzekła ciocia Hala — na pewno przerósł już Renię, a to niełatwo. Réne, chodź tu, zmierzcie się.
Olek zaczerwienił się po uszy, a Renia podeszła, stanęła obok niego i spojrzała obojętnie przez ramię.
— A co, nie mówiłam? — zaśmiała się ciocia. — Jeśli nie przerósł, to przerośnie lada dzień. Są już zupełnie równi, a w roku zeszłym sięgał jej po brwi. Trzymaj się Réne, pamiętaj, żeś starsza o rok.
— Ale Olek chłopiec — powiedział ojciec — powinien być większy.
— No, biegajcie po parku — rzekła ciocia — a rozruszajcie Alego, łobuzy.
Dzieci wyszły, milcząc, minęły salon i przez ogromne, oszklone drzwi zeszły na taras, a stamtąd do parku. Olek czuł się pokrzepionym na duchu tym, że przerósł Renię, którą uważał dotychczas za niedoścignioną. Nik ziewał skrycie, a Marta łamała sobie głowę, czym by tu wszystkim dogodzić.
— Kto tam pływa po jeziorze? — zapytała Renia, gdy przed oczyma dzieci rozpostarła się gładka, lśniąca tafla głębokiego jeziora.
— Pewnie Wicek — rzekł Olek, osłaniając dłonią oczy od słońca. — Płynie na tamten brzeg, bo dziś łowią ryby.
— Chodźmy zobaczyć — ożywił się Ali.
— Nie można pójść, bo za daleko, trzeba przepłynąć — objaśnił Nik, a tylko Olkowi wolno płynąć bez starszych po jeziorze.