— Och! nam także wolno — rzekła Renia — jestem starsza od Olka.

— Ale jesteś dziewczyna — odparł Olek — pewnie zresztą nie pytałaś o to papy, bo u was nie ma jeziora.

— Nie ma jeziora, ale jest staw i wolno mi po nim pływać. Biorę więc was wszystkich na swoją odpowiedzialność.

Olek poczuł się dotknięty w głębi duszy, ale bał się ujść za tchórza i dziecko, któremu nic nie wolno, rzekł więc wymijająco:

— Róbcie, jak chcecie.

Renia stała już w łódce i pociągała za sobą mocno zatrwożoną w swym sumieniu Martę, Nik kluczem przyniesionym z budki strażniczej otwierał kłódkę i spuszczał łańcuch, Olek więc pomógł wsiąść Alemu, sam wskoczył za Nikiem i odepchnął łódkę.

— Poczekajcie, poczekajcie na mnie! — dało się słyszeć przeraźliwe wołanie i z alei kasztanowej wypadł zziajany Tom.

— Za późno — rzekła Renia, ale Olek zawrócił i dziobem stuknął w brzeg, aż Ali nosem uderzył w kolana Marty i uronił przy tej okazji kilka łez. Tom migiem wskoczył do łódki i rzekł z zadowoleniem.

— Wasza mademoiselle i niania siedzą w altanie, Ania bawiła się w piasku, ale może pobiegła za mną.

— Ci... cho! — syknął Nik — altana tu zaraz za tym bzem, żebyż nie usłyszały!