Hawryłko powrócił z odpowiedzią pana Martin i właśnie mieli ruszać, gdy z korytarza wypadł zziajany Tom z twarzą wyrażającą niepomierne oburzenie.
— Jak to? — zawołał, nie zdążywszy jeszcze odsapnąć — Olku! Obiecałeś przecie, że pojadę dzisiaj z wami konno za to, że oddałem ci tego dudka, co go Sławian dla mnie złapał, a teraz jedziecie sami!
Olek się stropił, zapomniał bowiem zupełnie o danej obietnicy.
— Bo dziś jedziemy bardzo daleko — spróbował się wykręcić.
— To i ja mogę jechać daleko — wybuchnął Tom — pójdę i każę osiodłać muckę!
— Och, już za późno — rzekł Olek i obaj z Nikiem pomknęli ku bramie.
— Na drugi raz będę wiedział, jak to pan Aleksander dotrzymuje obietnic! — krzyknął za nimi groźnie Tom, ale pomimo tej obelgi został na schodach wielce zawiedziony i smutny.
Poczuł się tak wykolejonym, że już wcale nie miał ochoty powracać do przerwanej zabawy. Zawrócił w głąb korytarza i szedł z rękami w kieszeniach, krokiem człowieka, którego los ciężko doświadczył.
Mijając drzwi śpiżarni, zauważył, że są uchylone, wszedł więc do środka, błysła mu bowiem myśl o migdałach i rodzynkach.
W spiżarni, na stołku przystawionym do świeżo wymytych półek, stała klucznica i ustawiała jedne przy drugich słoje świeżo usmażonych konfitur, które podawała jej z kosza gospodyni piekarniana, Jewdocha.