Klucznica była to osoba bardzo godna. Tęga, wysoka, nosiła głowę do góry, przemawiała z łaskawą godnością i robiła wrażenie królowej. Żyła w stałej wojnie z całym fraucymerem, a szczególniej z panną Dziudzią, szwaczką, ale dzieci kochała jak swoje, choć łajała przy każdej sposobności.
Nazywała się Czarniecka i zaufanym mówiła czasem, że właśnie z tych Czarnieckich po hetmanie. Z tego powodu dzieci szanowały ją bardzo.
Na wchodzącego do śpiżarni Toma pani Czarniecka ani spojrzała; ustawiała dalej ślicznie wymyte słoiki podług wielkości i gatunku konfitur. Do usmażonych na początku lata czerwonych truskawek, poziomek, purpurowych wisien, zielonkawego agrestu i żółtych porzeczek przybywały teraz okrągłe, złote kule moreli, renklod, rumiane i wesołe rajskie jabłuszka, maliny — duma pani Czarnieckiej, ani trochę nierozgotowane, soczyste i duże, spokojnie pływające w jaskrawym syropie.
Tom stanął i zadarł głowę.
— Może bym spróbował tych konfitur? — zaproponował uprzejmie.
— Do próbowania amatorów nie brak! — rzekła pani Czarniecka i zaraz krzyknęła na Jewdochę. — Bacz szo myni dajesz! Durna jaka, teper jabloka stawlaju6!
Potem zwróciła się do Toma.
— Kto pomaga, ten próbuje — rzekła — Marta od rana przy robocie to i napróbowała się niemało!
Tom odparł sucho:
— Konfitury to babska robota, co ja tam mogę pomóc! — Ledwo dokończył, a już gorzko pożałował tych lekkomyślnych słów.