— Gołębie chodzą po dachu! Tom, chodź prędko! — wykrzyknęła nagle.

— Cóż to wielkiego, że gołębie chodzą po dachu? — rzekł spokojnie Tom, nieskłonny do entuzjazmu. — Tobie się, Aniu, wydaje, że wszystko jest bardzo ciekawe. Tysiąc razy widziałem gołębie, a dach więcej niż tysiąc pięćset.

Mimo tych uwag, wypowiedzianych tonem starego nudziarza, Tom podszedł do okna i wyjrzał wraz z Anią.

Zobaczył panią Czarniecką, która wracała z wazą i z Jewdochą na werandę śpiżarnianą, gdzie smażyły się konfitury. To mu przypomniało dane słowo. Zeszedł więc z paki i skierował się ku wyjściu, tym bardziej że i niania nawoływała już do odwrotu.

U drzwi wejściowych stała skrzynka ze starymi zabawkami, oko niani padło na nią.

— Patrz no Aniu, jaka to jeszcze porządna lalka — rzekła, wyciągając ze skrzynki jakiś różowy przedmiot.

Ania spojrzała i oczy jej stały się okrągłe i wielkie jak dojrzałe kasztany. Poznała... Julcię.

— Bierz — rzekła niania — i idźcie naprzód.

Ania cicho wzięła lalkę za koniec żółtego pantofla i poszła pod pręgierzem szyderczych spojrzeń złośliwego Tomka. Na korytarzu pierwszego piętra niania rzekła do dzieci:

— Idźcie na dół, ja muszę zajrzeć do gościnnych pokojów.