W śpiżarni znajdowały się dość strome schody prowadzące na strych, gdzie mieszkały gołębie. Pod śpiżarnią były piwnice na zimowe owoce i kwaszone ogórki.
Cały ten budynek od podstaw do szczytu, wraz z werandą i dachem, tak był przez dzikie wino zarosły, iż stanowił niby żywy, roślinny czworokąt, zielony latem, czerwono-złoty jesienią, z małym tylko otworem u góry, skąd wylatywały gołębie, i z wykrojonymi z boku drzwiami werandy.
Weranda była bardzo duża, na całą długość budynku, zacieniona i chłodna. Z jednego jej końca stał piec z blachą, na której smażono konfitury, z drugiej magiel. Środek zajmował długi stół, na którym w danej chwili piętrzyły się stosy owoców obieranych, nakłuwanych, cukrzonych.
Przy tym stole siedziały trzy dziewczyny piekarniane, gospodyni Jewdocha i Wikcia, mała siostrzenica niani. Cały ten sztab niewieści szybko i sprawnie wykonywał wstępne prace i przygotowywał owoce do smażenia.
Nad blachą królowała pani Czarniecka, wspaniała, w ogromnym fartuchu i czerwonej chustce na głowie. Spocona od żaru, purpurowa jak syrop malinowy na miednicy, smażyła, zbierała szumowiny, kręciła miednicami i odstawiała je na stół: złoto-miedziane, duże i małe, a wszystkie pełne w syropie przeźroczystym pływających owoców, nad którymi natrętnie brzęcząc, latały setki os i pszczół zwabionych zapachem słodyczy.
Marta, zawinięta w biały fartuch, siedziała na stołeczku, obierane przez dziewczęta gruszki nakłuwała gęsto i wrzucała do hładyszki8 z wodą.
Niska furtka werandy była zamknięta, ponad nią sterczała cierpliwie okrągła główka stojącej na schodkach Tekli.
Tekla była to córeczka Jewdochy. Miała okrągłe, niebieskie oczy, okrągły nosek, okrągłą bródkę i dwa lata. Obok niej Ursus oparł o furtkę swój włochaty łeb i wywiesił z gorąca język, którym od czasu do czasu oblizywał policzek obojętnej na ten rodzaj demonstracji uczuciowych Tekli.
— Tekla, poszła precz do piekarni, bo cię osy zjedzą — rozkazała pani Czarniecka.
Tekla śmiertelnie się jej bała, ale widok konfitur był przemożny.