Ania nawet nie krzyknęła. Stanęła z drugiej strony wiadra i patrzała w skupieniu na sypiące się z szelestem trociny. Julcia chudła, chudła, nikła w oczach. Tom potrząsał nią z lekka, sumiennie wykonując swoje dzieło zniszczenia.
W drugim pokoju rozległy się kroki powracającej niani, wówczas Tom puścił ofiarę, która wpadła do wiadra, tłukąc blaszaną głową o porcelanowe dno.
Idąc za Tomem po schodach, Ania rzekła cicho, z głębokim zadowoleniem:
— Już jest umarta.
— Najpierw nie umarta, a umarnięta — poprawił Tom — a po wtóre zobaczysz, ja ci mówię, że ona jeszcze do ciebie wróci!
Ale Ania nie posłyszała już tych wieszczych słów. Krokiem pełnym pląsów, z uczuciem osoby, której ogromny kamień spadł z serca, pobiegła jak lekki biały motyl za nianią.
Tom zaś poczuł konieczną potrzebę dotrzymania swego słowa, toteż puścił się pędem ku śpiżarni, by znowu nie zapomnieć po drodze.
Od samego rana Marta smażyła konfitury i suche owoce w cukrze.
To jest właściwie sama nie smażyła, nie dorosła bowiem jeszcze do tak odpowiedzialnego zadania, ale uczyła się właśnie pod kierunkiem klucznicy.
Konfitury oraz suche owoce smażono w Niżpolu na obszernej werandzie, przylegającej do budynku zwanego spiżarnią. Był to spory, czworokątny dom, składający się z jednej wielkiej izby, w której przechowywały się zapasy mąki, kaszy, grochu, fasoli. Stały tu bańki spirytusu, beczki z naftą, leżały sznury, sieci i siatki, rogoże7 i brezenty, płótno szare w sztukach, puste słoje i pęcherze, szkiełka do lamp, zapasowe szyby, gwoździe w paczkach, rolki tapet i wszelakiego rodzaju dobytek.