Zawrócono w stronę parku. Gorąco było nieznośne, ani marzyć o tenisie, krokiecie czy grze jakiej!

— Może popłyniemy łódką? — rzekł figlarnie Tom. Wszyscy się roześmieli.

— Wiecie co? — zaproponował Olek. — Chodźmy na dół do parku, tam zawsze chłodno. Siądziemy na trawie i coś obmyślimy.

— Jeżeli siedzenie na trawie i chłód mają nam dopomóc, to chodźmy — zgodziła się Rena.

Mademoiselle Lucette, wziąwszy od dzieci przyrzeczenie, że żaden niedorzeczny pomysł nie przyjdzie im do głowy, została na werandzie. Ruszono więc do parku. Tam, w najniższym miejscu, pod cieniem najgęstszych drzew rozłożyło się nasze towarzystwo. Szeroko rozpostarły się białe sukienki na miękkiej, zielonej murawie.

Ale żaden pomysł nie przychodził dzieciom do głowy.

— Strasznie nudno jest na świecie — ziewnął niechętnie Tom.

— I owszem — rzekł Ali — tylko nie trzeba chodzić po słońcu.

— Et, pleciecie niedorzeczności! Co ma słońce do tego, że jesteśmy wszyscy niedołędzy? — rzekła Rena.

— Niedołędzy? — obraził się Olek. — A to dlaczego?