— Nie umrzesz — odparł stanowczo Nik. — Zresztą co ma wyskakiwać? Skarby nie mają nóg. Trzeba było iść, jak prosiliśmy.

Ali z rezygnacją westchnął i stanął przy samym wyjściu, gotów w każdej chwili do odlotu. Toma wzięto do pomocy. Uchwycono z dwóch stron końce kociuby i podniesiono płytę w górę. Na widok czarnego, głębokiego jak studnia otworu, oczy rozszerzyły się, a serca zatrzymały na chwilę. Mocny, piwniczny zapach uderzył w nozdrza.

— Tam — wyszeptała Rena, wskazując palcem otwór — tam... nikt z nas nie pójdzie...

— Ja bym poszedł — zaproponował Nik, robiąc krok naprzód.

— Ani mi się waż! — wykrzyknął Olek, chwytając go za rękę — nawet nie próbuj! Dosyć i tak nabroiliśmy wczoraj.

— No, więc cóż zrobimy? — zapytała Marta.

— Zawołamy ludzi i...

— Nigdy! — zakrzyczał Nik — Za nic na świecie! My odkryliśmy skarb, my otworzyliśmy płytę, a ktoś przed nami ma tam wchodzić? Nigdy!

— No, więc cóż mamy robić? Nie pozwolę, aby które z nas tam zeszło. Mogą tam być studnie, węże, możemy wpaść i nie wydostać się więcej, nogi złamać. A zresztą tam pewnie nie ma czym oddychać!

— Musimy czekać, aż wyrośniemy — rzekł Tom bezapelacyjnym tonem.