— Ale wszyscy razem podniesiemy. Spróbujmy.

— Jak? Za co tu chwycić? Nie ma nawet o co palcem zaczepić.

— Trzeba podważyć łopatą, a potem sztabą żelazną — rzekł Nik.

— Ba, ale skąd wziąć sztaby?

— Och ty! A kociuba? — (kociubą nazywały dzieci pogrzebacz, posługując się miejscowym narzeczem).

— Aha! Doskonale, zrobimy tak: wyjdziemy wszyscy pokazać się mademoiselle, żeby nie była niespokojna, że nas za długo nie ma, przez ten czas Nik pobiegnie do domu i przyniesie kociubę i łopaty, ale tak, żeby nikt nie widział. Aha i świecę, bo ta się już dopala. Potem wrócimy tu cichaczem i do roboty.

Plan Reny uskuteczniono natychmiast. Siedząca na tarasie opiekunka z przyjemnością skonstatowała, że dzieci w całym komplecie spacerują między kwiatami spokojne i grzeczne, nie miała też nic przeciw temu, że znów zeszły w dół do parku.

Czekając na Nika, dzieci siadły u wejścia groty i milczały przejęte powagą chwili. Obładowany Nik zjawił się niebawem. Dźwigał łopaty i kociuby, a z kieszeni wyglądała mu długa świeca. Przystąpiono do dzieła.

Jak można najgłębiej zasunięto łopaty w szczeliny między płytami i podważono bez wielkich trudności, zaczem w uchylenie zasunięto poziomo kociubę.

— Jeżeli coś stamtąd wyskoczy — rzekł drżącym głosem Ali — to ja umrę. Na pewno umrę.