— Trzeba zaraz tam pojechać i papuś z nami zejdzie, dobrze? — zakończyła.
— Pojedziemy, kochanie i zejdę z wami — zapewnił ojciec — ale sama chyba rozumiesz, że historia o duchu nie ma sensu i że w piwnicy tej znajdziemy najpewniej tylko kamienie.
— A cóż to była za postać, która znikła?
— Nie wiem, pojedziemy na miejsce i może się przekonamy. Dziś jednak nie mogę jechać, gdyż oczekuję interesanta z miasta. Odłożymy więc to do jutra rana — i ojciec pożegnał Renię pocałunkiem w głowę.
Renia wyszła zawiedziona. Nie wywołała należytego efektu swą nadzwyczajną tajemnicą. Ojciec ani się przejął, ani nawet bardzo zaciekawił. Odłożył rzecz całą do jutra, a czyż podobna z tak ważną sprawą czekać?
W złym humorze minęła pokój zwany uczelnią, gdzie czekał Ali, cierpko podzieliła się z nim decyzją ojca i poszła do siebie. Położyła się na błękitnej kanapce i myślała z irytacją:
— Starsi to w nic nie wierzą. Każą sobie wszystko mówić i opowiadać, ale jak powiedzieć, to śmieją się albo nie wierzą. Przecież także nie jestem mała i byle co mnie nie dziwi, ale każdy przyzna, że takie podziemie to nie byle co! I tu czekać do jutra! Przez ten czas ktoś może tam pójść, ktoś ze służby ogrodowej i wszystko odkryć, zabrać! Nik miał rację, trzeba było samym zejść. On jeszcze gotów to zrobić! My wyjechaliśmy, Olek pojedzie może w pole. Marta pora się10 ciągle w domu, a on pójdzie, sam się spuści w podziemie i wszystko odkryje. Ach Boże! a mnie przy tym nie będzie! Nik jest dzielny chłopiec, na pewno to zrobi. Co tu wymyślić!
W tej chwili ktoś zapukał do drzwi.
— Proszę wejść — zawołała Renia głosem szorstkim. Drzwi się otworzyły i weszła Marietka.
Marietka była to siostra stryjeczna Reni, sierota, którą rok temu wzięli do siebie rodzice Reni jako opiekunowie. Podług życzenia swej nieżyjącej matki wychowywała się w klasztorze, na lato tylko przyjeżdżając do Hołowina. Była to dziewczynka cicha, blada, nieśmiała i miała oczy jak dwie wielkie gwiazdy. Uczyła się pilnie, z radością spełniała swoje obowiązki i chwytała chciwie okazje, w których mogła się komuś przysłużyć. Jej to wąskie rączki stawiały na biurku stryja bukiety ulubionych kwiatów i wynajdywały na półkach biblioteki wybrane książki. Ona to jedynie wiedziała, co kto lubi, czym komu można sprawić przyjemność. Ona nacierała guzy i opatrywała skaleczone palce folwarcznych dzieci, oddawała im swoje cukierki i opowiadała nieskończenie piękne bajki. Jej to ręce ubierały kwiatami kaplicę, a jej płowa główka oparta na stopniach ołtarza dumała smętnie o tym, jak wielkie jest miłosierdzie Boże i skarżyła się łzami cichutko, że tęskno jej niezmiernie do mamy. Służba uśmiechała się do niej, dzieci wiejskie z daleka biegły na jej widok, psy radośnie merdały ogonem, a koty, nawet te koty, co to chodzą własnymi drogami, wskakiwały na jej kolana i mrucząc, tarły się o jej sukienkę.