Zatem zabrano się do dzieła podług planu i bez dalszej zwłoki. Gdy odwalona płyta ukazała dzieciom po raz wtóry otwartą paszczę podziemia i gdy płomyk świecy począł coraz niżej opuszczać się w ciemnię, wszystkie serca ogarnęła niecierpliwa trwoga. W głębokiej ciszy Marta odwijała sznurek ze swej ręki, opuszczając na nim świecę, a sześć par oczu nie odrywało się od nikłego płomyka.

— Świeca się zatrzymała i nie wisi już na sznurku — rzekła Marta.

— Dobrze — twardo, jak przystało na wodza, odparł Olek. — Posuwaj teraz świecą po dnie. Jak się zdaje, jest dość równo, co?

— Zdaje się.

— Dobrze. Wyciągaj świecę. Tom, daj tu słomę.

Własną ręką zapalił twardo zwinięty wiecheć i cisnął go na dno. Płomień buchnął jasno i oświecił na chwilę jakieś chropowate i ciemne ściany, zaraz jednak wyrzucił kłąb dymu, aż dzieci musiały cofnąć się ku wyjściu. Nagle Nik rzekł:

— To wszystko dobrze, ale jak teraz przytwierdzimy drabinkę?

Zastanowiono się głęboko.

— Może wbić gwóźdź i zaczepić sznury drabinki — poradził ktoś.

— Tak, tylko w co wbić? Podłoga kamienna, ściany z kamienia.