A jednak są rzeczy, których się boją najodważniejsi ludzie i nie na tym polega odwaga, by się wewnętrznie nie bać, lecz na umiejętności pokonania tego uczucia. Iluż to było i jest bohaterów, którym przy wykonywaniu odważnego czynu serce biło z trwogi — a jednak nie wahali się. I to jest właśnie prawdziwa odwaga. — Boję się, bo nie w mojej mocy się nie bać, ale mimo to uczynię tak, jak gdybym się nie bał!
Ali nie powiedział dosłownie tego zdania, ale coś w tym rodzaju, powiedział bowiem:
— Boję się, ale pójdę z wami, bo muszę.
Dzieci sunęły znów naprzód ciemnym korytarzem, tym razem jednak wolniej, bo pod górę i rozglądając się uważnie wśród mroku. Każdy na swoją rękę badał ściany, sklepienie, ścieżkę, którą szli. W jakimś miejscu Rena znalazła jabłko zielone, przegniłe, gdzie indziej znów Tom podniósł z ziemi triumfalnie, choć milcząco, jakiś duży przedmiot, wokoło którego skupiły się dzieci. Była to ni mniej ni więcej tylko książka Nika: „Chata wuja Toma”, która parę tygodni temu zginęła z ławki w ogrodzie. Pokrywały ją kurz i pleśń, a wszystkie obrazki były z niej starannie powyrywane. Odkrycie to napełniło dzieci przekonaniem, iż przekop jest miejscem uczęszczanym i posiadającym właściciela. Prawdopodobnie któreś z wiejskich dzieci, pasąc bydło na nadrzecznej łące, spenetrowało otwór przekopu i tędy znalazło drogę do otoczonego murem parku.
Olek i Rena poczuli się tym prawdziwie dotknięci, ale Nik nie tracił nadziei.
— Cóż z tego — rzekł — że tutaj ktoś chodzi? Zobaczycie, że szukając, natrafimy na coś ciekawego.
— Może znów zjawi się jakiś duch albo ogórek! — rzekła zjadliwie Rena.
Tymczasem wkroczono z powrotem do piwnicy, od której rozpoczęły się poszukiwania. Zatrzymano się na środku niezdecydowanie.
— No, idźmy w prawy przekop — rzekł raźno Nik.
— Może późno już? — nieśmiało zauważyła Marta. — Może już czas na obiad?