Ballada o Żydziaku

W styczniu trzeba było mrugać ciągle — raz za razem — ciągle — raz za razem —

bo inaczej szron siadał na rzęsach, rudych rzęsach, co ciążyły głazem —

i nie widać było uliczników, co skradali się skądsiś znienacka,

i krzyczeli: «Meszygener Motl!1», wyrywając mu z rąk kawał placka —

Gdy się w styczniu długo stało w bramie, mróz kosteczki po jednej przebierał,

a w zaułkach soplą ubrodzony podszczypywał, jak jasna cholera;

można było stać sobie do rana koło jakiejś sklepowej wystawy —

nikt z kieszeni ręki nie wyciągnął, nie kupował tęczowych zabawek.

( — żywe małpeczki —