a w zaułkach soplą ubrodzony podszczypywał, jak jasna cholera;

można było stać sobie do rana koło jakiejś sklepowej wystawy —

nikt z kieszeni ręki nie wyciągnął, nie kupował tęczowych zabawek

Aż tam raz w coniedzielną niedzielę stał jak zwykle o mury oparty

i uśmiechał się cicho, czekliwie do motylej czerwonej kokardy,

a ulicą szła jakaś panienka z ukochanym najmilszym pod rękę

(znacie chyba śmiejącą się, jasną, zakochaną, niedzielną panienkę —?!)

Tej panience zachciało się pieska, balladowej, złotej bohaterce

(chciała przed nim mizdrzyć się dziecinnie, lub pokazać, że dobre ma serce)

i kupiła zielonego pieska i żółtego, malutkiego ptaszka,