no a potem jeszcze się zaśmiała do brzydkiego, rudego Żydziaszka —

— wtedy przyszedł dzień — wyłom w obłokach —

i godzina kochana najwięcej —

ta godzina nabrzmiała znaczeniem,

nie mająca najmniejszego sensu —

Żydziak wyjął drżącą, zwiędłą dłonią bibułkowy mak z swego pudełka,

podał mak ten niedzielnej panience, no a potem się nagle rozełkał.

Ona kwiat mu oddała zdziwiona z rozbawionym w oczach zapytaniem

i zaśmiała się wraz z ukochanym tak niedzielnie i tak zakochanie!

Rudy Żydziak nie miał już tajemnic, rudy Żydziak nie miał już czekania