— Chcą nas sobie zjednać, to widoczne, a bodaj może i prawda to, co po obozach gadają — odrzekł tenże.

— Jakoż? — spytał król ciekawie.

— Że za murami żywności mało i wyzbyto się paru setek gąb — odparł Witold.

— U nas jadła nie braknie — uśmiechnął się król z zadowoleniem.

— Gdyby nie ta biegunka i jakaś gorączka, co trapi moich, można by ich wziąć głodem — mówił Witold, namyślając się nad każdym wyrazem.

— Chyba dziś nie rozpoczniemy szturmu. Damy im folgę noc całą. Niech myślą, żeśmy usnęli, a jutro o świcie, znienacka... — ozwał się Jagiełło.

— I nasi lepiej też wypoczną — odrzekł Witold będący w tej chwili w dziwnie zgodnym usposobieniu.

Wtem zapukano dyskretnie do namiotu. Król klasnął w ręce. Wszedł urzędnik będący na straży i rzekł:

— Sekretarz z kancelarii najmiłościwszego pana, Zbyszko z Oleśnicy, ma coś pilnego do zameldowania.

Król skinął głową.