— Poradziłem to już Geradajosowi — odparł Witold. I zaraz dodał: — Słusznie mu się to należy, ran nie zagojonych ma wiele, a bodaj ta najcięższa, że mu się przypomniała córka, którą mu przed laty dziecięciem zabrali.
Jagiełło, któremu może nie w smak było, że Witolda z pominięciem jego królewskiej osoby dar ten spotkał, teraz rozczulony widokiem tych krzyżackich branek, rzekł:
— Trzebaż wozów, by je jak najprędzej na Litwę odstawić.
I obaj z Witoldem dawali ku temu właściwe rozporządzenia. I oto pod wieczór wozy w otoczeniu kilkunastu jeźdźców, pod przewodnictwem Geradajosa, ciągnęły na północny wschód. A z każdego wozu wyglądały ciekawie rozglądające się oczy uwolnionych branek krzyżackich.
Niejeden biegł za nimi myślą, wzrokiem i westchnieniem, a Półkozic rzekł:
— Znać w obozie krzyżackim mało jadła, to i wyzbyto się paruset gąb. Chociaż to jeno dziewki, zawszeć jadła potrzebują — dodał i westchnął.
Lecz westchnienie jego w inną zgoła, bo więcej ku południowej stronie było, hen, ku Mazowszu wysłane.
Poseł krzyżacki
Witold i Jagiełło naradzali się poufnie, nawet przyboczni i sekretarze nie byli tej narady świadkami.
— W tym krzyżackim darze bodaj czy nie mieści się jakiś podstęp — mówił Jagiełło, pozierając przenikliwym wzrokiem na Witolda.