A Witold, zamieniwszy poufnie kilka słów z Geradajosem, rzekł:
— Nie ma innej rady, jeno te gołębice trzeba zaraz do granicy litewskiej odstawić.
I począł osobiście przechodzić między wylęknionymi dziewczętami, nie wiedzącymi zgoła, co za los je czeka, po co je tu przysłano. A na pierwsze odezwanie się księcia patrzyły na niego z przestrachem i żadna ani słowa się nie ozwała.
I jakże się miały ozwać, kiedyć ojczystej swej mowy zupełnie zapomniały. Dopiero gdy w niemieckiej mowie począł je książę uspokajać, że nie tylko nic im się złego nie stanie, ale wrócą do domu, do rodziców, lica ich zaczęły się rozjaśniać i okrzyki radości wyrywały się z ich piersi. A nawet tu i tam dał się słyszeć okrzyk:
— Motina31!
— Tews32!
A pod tę chwilę Jagiełło, uwiadomiony już o wszystkim, szedł osobiście, jak to miał zwyczaj, gdy chodziło o rzeczy ważne, żeby się przekonać. Słuchał też z daleka zapytań Witolda i łzy mu w oczach zabłysły, gdy się dowiedział, że te gołębice mowy ojczystej w krzyżackiej niewoli zapomniały. Aż oto Witold stanął przed monarchą, a wskazując ręką na weselszą już teraz gromadkę, rzekł:
— Dar od nowego mistrza Zakonu!
Król westchnął. Po chwili zaś rzekł:
— Trzeba je jak najprędzej do dom odesłać.